
„Na zamku gwarno jest, jest dużo wódki. Przy stole siedzą trzy krasnoludki, a przy kominku gdzie ogień płonie, piękna królewna rozgrzewa dłonie”
Która laska nie marzyła nigdy o tym żeby być królewną, albo księżniczką? Ja nie. Ale czuć się jak księżniczka, to chyba każdy lubi i to niezależnie od płci. No chyba, że Twój facet nie lubi chodzić w różowych sukienkach z tiulu. Mój nie lubi. Jak już wiemy, kto czego nie lubi i o czym nie marzy, to przejdźmy do sedna. Zamki są fajne. A gdzie jest najwięcej fajnych zamków? Oczywiście na Szlaku Orlich Gniazd. Ten szlak, to taka 164-kilometrowa trasa na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, na której co krok napotykamy się na zamki, ruiny zamków i warownie. Jak cały dzień łazisz po wystających kamieniach, to tak średnio czujesz tą księżniczkowatość, dlatego na miejsce stacjonowania warto wybrać dobry hotel, a nie namiot rycerski ze średniowiecza. A jeszcze jak Cię tam dobrze wymasują i nakarmią, to można tam zamieszkać. W jednym wpisie ogarnę Wam wszystko co każda para książęca do szczęścia potrzebuje. Będą zamki, dobra szama, jeszcze lepsze masaże, piękne widoki i konkurs dla Was żebyście też mogli zaznać szlacheckiego życia 😉


Jedziemy do Ogrodzieńca!
Do Ogrodzieńca wybraliśmy się na trzydniowy weekend w środku tygodnia. Tak nam pasowało. Czterdziestostopniowy upał zupełnie nas nie przeraził, mimo że na miejsce dojechaliśmy wymymlani. Ostatnia prosta do hotelu wiodła przez las, a potem znowu przez las i jeszcze przez las. Jak boczek kocham, w głowie od razu pojawiły mi się kadry z amerykańskich filmów, gdzie para jedzie na weekend w lesie i zza złego skrętu wyłazi mutant z kazirodczego związku, który odgryza im głowy, a potem piecze nad ogniskiem. Ale nie. Spokój. Cisza. Ptaszki świergolą. Sosny pachną. Odlot.
Wbijamy tam cali na biało. Koło recepcji czeka na nas uśmiechnięta Ewa, z którą to nie zrobiłam sobie selfiaczka, więc koniecznie tam muszę wrócić (powód pierwszy). Ewa, to jest taka petarda, która menadżeruje hotelem Centuria Wellness & SPA w Ogrodzieńcu. Jakiś miesiąc temu Ewa napisała do mnie na Fanpejdżu, że w sumie to ma dla mnie dary losu. Jak na blogerkę przystało, nadstawiłam uszu, choć przyznam, że pierwsza myśl, to była taka, że albo za moment ktoś mi będzie wciskał biznes MLM, albo magiczną pastę do zębów. Ale nie, nic z tych rzeczy! Ewa zaproponowała mi 3 dni świętego spokoju w pięknie położonym hotelu. Ten rok nie był dla mnie łaskawy. Wkurw na robotę, rozkminy o tym jaki biznes rozkręcić, co dalej ze wszystkim, potem zmarła moja Babcia, wakacje może aż we wrześniu, no generalnie klapa i taki odpoczynek spadł mi dosłownie z nieba. Nie zastanawiałam się długo i weszłam w to jak dzik w kartofle.




Jedzenie w hotelu Centuria Wellness & SPA
Po miłym powitaniu powlekliśmy się do pokoju. Na miejscu czekały na nas świeże owoce. Strzał w dziesiątkę, bo Niemężowi zaczął spadać cukier. Nakarmił cukrzycę, chwilę oddechu i poszliśmy zjeść coś konkretnego. Szamkę w Centurii mogę określić jednym słowem – orgazm! Lubię zjeść dużo i dobrze. W Centurii jest dużo i dobrze. Bardzo dobrze! Dwutonowa porcja żeberek wołowych z młodą kapustą i ręcznie robionymi frytkami, weszła we mnie jak w masło. Nawet Ewa nie wierzyła, że dam radę. Niemąż załamał nade mną ręce. Zjadłam. Tylko ludzie dziwnie na mnie patrzyli. Na deser wjechał parfait z rokitnika na sezonowych owocach, z kruszoną bezą. Nie wiecie, co to parfait? Luz, też nie wiedziałam! To taki mrożony krem. Jestem fanką rokitnika w kosmetykach, więc nie omieszkałam skosztować go i doustnie. Pycha! Kwaśny, dobry, orzeźwiający. Większość zjadł Niemąż, bo ja ze słodyczy, to lubię śledzie, ale sam krem był spoko, bo kwaśny 😀 W ciągu trzech dni owaliłam też zupę rybną, cycuchy z kaczuchy z kluskami ziołowymi i puree z czerwonej kapusty, makarony na milion sposobów. Skosztowałam też lokalnego suma, polędwiczkę i zupę z maślaków od Niemęża. Tam choćby dla żarcia warto się wybrać! Żałuję, że nie zdążyłam wepchnąć skoków z królika i tatara ze strusia. Dowozów raczej nie mają, więc drugi powód, dla którego muszę tam wrócić 😀





Masaż antystresowo-regenerujący
Jak już byliśmy najedzeni, odświeżeni i zadowoleni z życia, poszliśmy na masaż antystresowo-regenerujący. Nie żeby nas stres paraliżował, ale po podróży tropikalnej taki masaż, to było coś, co było nam potrzebne. Aromaterapeutyczny masaż całego ciała, łącznie z facjatą, na bazie oleju kokosowego i masła shea. Luksus Panie! Dwie sympatyczne i zdolne panie miętoliły nas 75 minut. Wyszliśmy z hotelowego SPA jak radosne dżdżowniczki. Mordy zadowolone, odprężone, pełnia szczęścia. Panie miały zaczarowane dłonie! Serio! Na tym odlocie zrobiliśmy jeszcze objazdówkę po okolicy, szamka i spanko.


O co chodzi z tym rokitnikiem?
Drugiego dnia czekał nas główny punkt programu – Rokitnikowa Odnowa. Bo my tam pojechaliśmy dla rokitnika. Rokitnik to taka niepozorna roślinka, która potrafi zdziałać cuda. Olej z rokitnika zapewnia młody wygląd skóry zawiera cały zestaw witamin i ponad 190 aktywnych bio substancji! Jest skarbcem witaminy C, naturalnym blokerem promieni UVA i UVB, lekarstwem na choroby skóry, świetnie regeneruje i na dodatek przyspiesza porost włosów (na szczęście nie tych na plecach 😀 ).
Rytuał Rokitnikowy mieliśmy zaplanowany na godzinę 13, więc czas do południa postanowiliśmy spędzić aktywnie. My nie umiemy siedzieć na dupie. Wcześniej śniadanko, a śniadania też tam mają dobre. Nie zrobiłam fotki, bo byłam zajęta jedzeniem. Kawka, herbatka, woda, świeżo wyciskane soki, wędliny, sery, warzywa, jajecznica z prawdziwych jaj. Wszystko smaczne. Mają zajebisty chleb! I mają też miód w plastrach, taki prawdziwy! Można wziąć sobie kawałek i żuć. Kto nigdy nie żuł miodu z woskiem, ten nie wie, co to życie!





Zamek Ogrodzieniec, Gród na Górze Birów i jaskinie
Wyskoczyliśmy na Zamek Ogrodzieniec, który tak naprawdę nie leży w Ogrodzieńcu, tylko w Podzamczu. Wiecie, to tam gdzie kręcili Wiedźmina i tego starego, i tego nowego. I Janosika tam kręcili! A Pyrkosz, czyli Pyzdra z Janosika, urodził się w Krasnymstawie, więc generalnie uważam, że to znak i płaska Ziemia. I Zemstę tam kręcili, i nawet Iron Maiden tam coś filmował do teledysku. To mnie miało tam zabraknąć? Mnie?! Potrzymaj mi piwo! W swoim życiu zaliczyłam już kilka zamków na Szlaku Orlich Gniazd, ale tam byłam po raz pierwszy. Lubię zamkowe klimaty, architekturę, zwiedzanie. Lubię wyobrażać sobie, że stawiam moje stopy tam, gdzie chadzał niegdyś na przykład taki Jan Feliks Rzeszowski, proboszcz, kanonik i właściciel zamku, który potem puścił chatę dalej, a kolejni właściciele tak rżnęli w karty, że przekazywali włości w kolejne ręce, bo ich długi wykańczały. I wtedy przyszły Szwedy i zrobiły rozpierduchę. I tak to się żyło na tej wsi, aż przyszłam ja i w sumie to koniec historii.
Kupując bilety na zamek, kupiliśmy od razu wjazd do Grodu na Górze Birów. Dwa podwójne bilety naraziły nas na poważne koszty w wysokości trzydziestu sześciu złotych polskich. Zamek świetny, gród obleci. Właściwie to na tej górze są ładne widoki i tyle, za to pod górą polecam zapuścić się w las i połazić po skałkach i jaskiniach. Ogólnie warto zaliczyć wszystkie atrakcje, bo to żaden wydatek. Góra Birów przyjemna na spacer i relaksik, fotki też fajne zrobicie.(Tak PigOut, miałeś rację, chcę drona i z nim chcę tam wrócić, powód trzeci).






Rytuał Rokitnikowy
Między zamkiem, a górą wróciliśmy do hotelu na aromatyczne zabiegi z rokitnikowymi cudownościami. Rytuał Rokitnikowy to 105 minut odlotu. Całość oparta jest na naturalnych kosmetykach rokitnikowych FitoSPA. Na pierwszy ogień wchodzi peeling z olejem rokitnikowym i witaminą E. Drobinki soli i pestek żurawiny oczyszczają skórę do kości. Całe życie robiłam peeling sama, poza epizodami w różnych gabinetach, ale to jak dokładnie i świetnie wyszorowały mnie Panie w Centurii, to ja nawet nie! Nie wiem czy jednorazowe szorowanko spaliło mi tkankę tłuszczową po żeberkach i wymodelowało, ale lubię jak ktoś mnie pociera w ten sposób (hłe hłe Januszkowy dowcip wujka z wąsem). Jak już zostaliśmy wyczochrani, nadszedł czas na masowanko. Uczta dla skóry! Masaż każdego centymetra ciała. Stopy, nogi, brzuchy, plecy, łapki, ryło. Na koniec jeszcze olejowanie włosów. Kosmos. Nie robię sobie jaj, ani nie słodzę, tak było. Widzieliście na Instastories jaka rozanielona wyłaziłam ze SPA w Hotelu Centuria. Knułam nawet jak porwać przynajmniej jedną z Pań, które nas miętoliły, żeby mieć taki skarb na chacie, ale było mi głupio. Boskie ręce Pań ze SPA, to powód numer cztery.
Wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na hotelowy basen. Z racji moich umiejętności pływackich, przesiedziałam w jacuzzi. Po basenie uraczyłam się piwem z lokalnego browaru. Wybrałam piwerko z ostropestem. W ten sposób oszukałam przeznaczenie! Alko wątrobę psuje, ostropest regeneruje! Szach-mat! Cały dzień było też żarcie, wiadomix, ale o żarciu już pisałam, to co się będę powtarzać.



„Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji…”
A nie, to nie ta piosenka.Ostatniego dnia to nam się wracać nie chciało. Na pożegnanie mieliśmy jeszcze chwilę oddechu w SPA. Klasyczny, relaksujący masaż twarzy z ampułką witaminową. Pożegnaliśmy się z personelem, uściskaliśmy Ewę i ruszyliśmy do domu.
Wtem! Postanowiliśmy zajrzeć do Zawiercia, gdzie mieszka nasz ziomeczek. A z ziomeczkiem udaliśmy się jeszcze zobaczyć Okiennik Wielki. Okiennik, to jest taka skała, ładna taka, nie za cała. Taka dziurawa. Śmieszki-heheszki i o 21 byliśmy w Krasnym Yorku. W planie była jeszcze Pustynia Błędowska, zamek w Mirowie i zamek w Bobolicach. Niestety czas nam się skurczył. To piąty powód, dla którego wrócimy.
Wypad bardzo nam się udał. Hotel Centuria Wellness & SPA oceniam na mocną piątkę. Nie mam się do czego przyczepić nawet gdybym mocno chciała. Ludzie świetni. Żarcie 11 na 10. Zabiegi w SPA – kosmos. Hotel położony w zacisznym miejscu, otoczony sosnowym lasem, a nic tak na mnie nie działa jak zapach sosen w gorący, letni dzień. Zapach lata w Polsce. Atrakcje turystyczne na wyciągnięcie ręki. Jagody wokół hotelu. Dwa urocze, hotelowe pieski – Misia i Misiek (no, nie mogę o nich nie wspomnieć!). Wrócę na pewno. Wymieniłam 5 powodów, ale tych powodów znalazłabym jeszcze z milion. Czego nie dopisałam, to dograłam i obejrzycie to na moim filmie na YT.
Z pełną odpowiedzialnością polecam Wam to miejsce. A jeśli chwilowo nie możecie sobie pozwolić na taki wypad, mam na to pewne rozwiązanie. Możecie spróbować swoich sił w konkursie, który rusza jutro na moim FB i IG, w którym do wygrania będzie dwudniowy wyjazd dla dwóch osób wraz z pakietem Rokitnikowa Odnowa. Polecam i zapraszam!




















Jak już się człowiek trochę odchamił, własne hajsy zaczęły spływać regularnie, kierunki podróży nam lekko ewaluowały. Góry. Wielka wyprawa nad Morskie Oko. Wyposażeni w raki, czekany i japonki wyruszyliśmy ze znajomymi na wielką wyprawę. Oczywiście nie wyruszyliśmy skoro świt, więc kiedy dowlekliśmy się do schroniska głodni i zjebani bardziej niż te konie, które mijaliśmy po drodze, zapragnęliśmy jadła. Nonszalancko zamówiłam to co było. Zważywszy na późną porę były tylko parówki i zupa. Mięso, to mięso, biere. Kurwa! 16 zeta za dwie suche, małe parówki z plastikowej świni. Wysuszone to takie i do niczego nie podobne. Jaki wkurw! Oczywiście, że tymi ostatnimi dwiema parówkami we dwójkę się nie najedliśmy. W ramach pocieszenia wypiłam browarka i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nie przewidziałam tylko jednego, mój pęcherz ma ograniczoną pojemność. Z lewej pionowa skała, z prawej przepaść, wokół miliony ludzi, którzy musieli wybrać się nad Morskie Oko dokładnie wtedy co my! Przypomniało mi się, że gdzieś na trasie mijaliśmy toitoje. Nie pamiętałam jednak, że dzieli mnie od nich kilka kilometrów. Co zrobić? Matko Bosko Krasnostawsko! Jak ja wydarłam! Zapieprzałam tak, że z pewnością wygrałabym olimpiadę, paraolimpiadę i Wyścig Pokoju bez roweru jednocześnie! Ludzie schodzili mi z drogi, bo krzyczałam, że ja do toitoja, w kolejce też mnie przepuścili. Wcale się nie dziwię, bo miałam pianę na ryju i pot na plecach. Zanim dogonili mnie znajomi minęło dobre pół godziny, a ja odlałam się jeszcze raz. Profilaktycznie.





Ispica


Od głównego placu ciągną się poplątane uliczki. Cała Ispica leży na skalnym wzgórzu i widoki stąd są zachwycające. Kiedy wejdziemy w kręte uliczki możemy dodatkowo zachwycić się architekturą. W Ispica widać kto jest prostym człowiekiem, a kto ma chody u Ojca Chrzestnego. Jedne budynki są zaniedbane, inne wręcz ociekają złotem. Niezależnie od tego jak domy wyglądają zewnątrz, wewnątrz wszystkie są skromnie urządzone. Nie ma zbędnego badziewia, bibelotów, serwetek, dywanów, gównoballsów pod sufitem i figurek flamingów na stolikach z Ikea. Totalna prostota i zero kiczu.Ponieważ byłam w kilku Sycylijskich mieszkaniach, mam porównanie. Byłam w domu bardzo bogatej rodziny, w domu przeciętnej i w domu mało majętnej. Wszędzie było czysto, przestrzennie, w całym mieszkaniu płytki, żadnych zbędnych pierdół. Przyznam, że taki minimalizm sobie cenię. Nie znoszę firanek, dywanów, serwetek, kurzołapów więc czułam się w takich wnętrzach wyśmienicie. Zauważyłam, że Sycylijczycy nie lubią tandety. Jeśli meble, to solidne, takie na lata, żadna tam Ikea za 300 złotych. 
Na ulicach można spotkać fury za miliony euro od Ojca Chrzestnego ale większość to zwykłe autka dla szarych ludzi. Można zobaczyć też sporo takich perełek jak Fiacik ze zdjęcia. Sycylia jest biednym miejscem. Ludzie żyją tu głównie z rolnictwa. Albo z mafii 😀 Ale mafię zostawmy w spokoju. Mafiozi to też ludzie w dodatku lepiej dbają o swoich i o turystów niż nasi zasrani politycy. Ispica to raj dla archeologów. Niegdyś ludność zamieszkiwała zbocza góry, na której teraz znajduje się miasteczko. Ispiczanie (nie wiem czy dobrze ich nazywam) początkowo zamieszkiwali w jaskiniach. Nawet teraz gdzieniegdzie jaskinie wciąż są użytkowane. Możemy natknąć się na kapliczki czy “domki” wydrążone w skałach. Na obrzeżach Ispica możemy zwiedzić kamieniołomy, park archeologiczny, grobowce jaskiniowe. Jeśli ktoś lubi pogrzebać w ziemi i nie jest nekrofilem, to Ispica na niego czeka. 
Lody! Kto przybędzie na Sycylię i nie poje ich lodów ten debil. Jedne z pyszniejszych lodów jakie jadłam! A jak ja mówię, że pycha, to musi być pycha, bo ja w słodyczach nie gustuję. W Ispica polecam Wam
A lody najbardziej smakują właśnie na Palazzo Bruno di Belmonte. Siadasz i wdychasz ten klimat. Turystów tu jak na lekarstwo, można do woli rozkoszować się świętym spokojem.


Niestety nie wiem gdzie w Pozzallo jest kibel. Musiałam sikać na partyzanta- przyczajona za murkiem.





































































