Category

Blog

Wielkanocny Kiermasz Książkowy i łapanie zajączka

By | Blog, Graciarnia | No Comments

Reklama

Dawno, dawno stąd, daleko, daleko temu Panoramix wrzucił do swojego koszyczka, to znaczy do kociołka, kilka magicznych składników – książki, mnie, trochę Wielkanocy i szczyptę żółtego koloru. Dlaczego żółtego? Bo żółty to wiosna, radość i ja. Nie da się ukryć, że byłam fanką żółtego zanim stało się to modne! A dzisiaj jestem wielkim, żółtym kurczakiem, czy tam innym ptakiem. Z tej sekretnej mikstury powstał Wielkanocny Kiermasz Książkowy oraz konkurs w szukaniu zajączka z nagrodami. Ale to za chwilę!

Najpierw chciałabym Wam przedstawić kilka książek ze zbiorów księgarni internetowej https://ebookpoint.pl/, które możecie zgarnąć z rabatami sięgającymi nawet 98%! Nie lada gratka, bo do wyboru macie prawie pięćdziesiąt tysięcy książek we wszelkich formatach, a ja mam klawą współpracę. Promka dostępna tutaj -> https://ebookpoint.pl/go-NiewyparzonaPudernica i trwa do 10 kwietnia. Przy wyborze kierowałam się żółtym motywem na okładce i nie było to łatwe zadanie żeby przewertować taki ogrom tytułów. Pokrótce przedstawię Wam trzynaście książek, które padły moją ofiarą. To nie będą zwyczajne opisy, to będą Pudi opisy speszjal de Lux jak kremóweczka w Warsie!

  1. „Ten dzień” Blanka Lipińska https://ebookpoint.pl/go-ptendzien  – wybór był oczywisty, bo to właśnie dziś jest ten dzień, kiedy możecie wziąć udział w konkursie wielkanocnym i wygrać czytniki inkBOOK i bony zakupowe do księgarni Ebookpoint.pl. Wystarczy znaleźć zajączka w książkowym świecie, macie czas do 15 kwietnia, szczegóły -> https://ebookpoint.pl/go-Konkurs.wielkanoc.23. Motyw żółty jest? Jest! Włosy na okładce dawno nie widziały płukanki ochładzającej kolor. Wszystko się zgadza, przejdźmy więc do kolejnego tytułu.
  2.  „O północy w Czarnobylu. Nieznana prawda o największej nuklearnej katastrofie” Adam Higginbotham https://ebookpoint.pl/go-ppolnocwczarnobylu – świetna książka świąteczna, bo jak wiadomo Bóg się rodzi, moc truchleje, Jezus był Polakiem, bo jego mama była z Częstochowy, Czarnobyl jest w Ukrainie, Ukraina graniczy z Polską. Jezus urodził się o północy pod gwiazdą z ogonem. Gwiazda jest żółta, żonkile są żółte, żonkile kwitną wiosną, wiosną jest Wielkanoc. Wszystko jest ciągiem logicznym.
  3. „Projekt Riese” Remigiusz Mróz https://ebookpoint.pl/go-pprojektriese– jak już jesteśmy przy Wielkanocy, to wiadomo – mróz, śnieg, czasami błoto. Lepimy bałwanki do koszyczka, w Lany Poniedziałek obrzucamy się kostkami lodu, co uważam jest wspaniałą tradycją, bo potem nikomu chłodzenia do drineczków nie brakuje. Wspaniałe są to święta, nie zapomnimy ich nigdy!
  4. „Konsultantka” Ruth Heald https://ebookpoint.pl/go-pkonsultantka– Od Mroza do konsultantki krótka droga, bo przecież Remek z Pigiem wiecznie pytają się siebie o to czy chcą coś z Ejwonu. A wystarczyło mnie zapytać… całe gimnazjum byłam konsultantką i mogłabym im załatwić po jakimś bronzerze w kulkach na święta! Ech… faceci…
  5. „Manipulantka” Sonia Rosa https://ebookpoint.pl/go-pmanipulantka – w punkcie czwartym wyszłam na manipulantkę i zaraz wybuchnie jakaś inba, że niby między wódkę, a zakąskę się wtryniam, ale wiedzcie, że chciałabym chłopakom trochę pomóc w ich odwiecznym sporze!
  6. „Nieobliczalna” Magda Stachula https://ebookpoint.pl/go-pnieobliczalna – a jak będą się pruć jak stare barchany, to stanę się nieobliczalna, bo ja z liczeniem to tak różnie. No chyba, że liczę hajsy i to pod warunkiem, że je mam. Jeśli jesteśmy przy forsie to…
  7. „Prosta matematyka. Licz sprytnie” Piotr Kosowicz https://ebookpoint.pl/go-pprostametematyka – coś dla mnie i dla Was, a najbardziej dla lorda Glapińskiego. Gdyby tak zakupił, poczytał, to może nawet byłoby nas stać na masło? Może nawet byłyby szanse na bogactwo? Kto wie!
  8. „Get Smart! Myśl i postępuj jak najbogatsi ludzie, którzy odnoszą największe sukcesy” Brian Tracy https://ebookpoint.pl/go-pgetsmart – bo przecież takie bycie bogolem, to banał! Wystarczy wstawać więcej i pracować wcześniej, czy tam na odwrót. Potem kupujemy bliźniaka, rezygnujemy z awokado i włala! Powiem Wam, że ja jestem urodzonym milionerem. Pochodzę z rodziny milionerów i wcale się tego nie wstydzę. Stary wisi mi miliony alimentów, a Mama, złota kobieta, wpłacała mi miliony na książeczkę mieszkaniową! Przemilczmy fakt, że potem przyszła denominacja i te miliony to ten… Ale nadal czekam na sto milionów od pana Lecha! Jest nadzieja!
  9. „Królowa głodu” Wojciech Chmielarz https://ebookpoint.pl/go-pkrolowaglodu– kontynuując mój wywód, na szczęście nie głoduję. Chociaż trzeba przyznać, że apetyt to ja mam wilczy. Jak to mawiają – łatwiej ubrać niż wykarmić.
  10. „70 zdrowych nawyków. Dobra dieta, świetne samopoczucie i niespożyta energia” S.J. Scotthttps://ebookpoint.pl/go-pzdrowenawykidobradieta – a taką książkę, to sama mogłabym napisać! Bo wiadomo, jestem na ciągłej diecie, która działa cuda! Mam już nazwy rozdziałów – smalec na tysiąc sposobów, kiełbasa moje życie, boczek na zgrabny boczek, smażone kurczaki na zdrowe flaki, burgerki na sprawne nerki, wróżby z pizzy na każdy dzień. Właściwie to mogłabym nawet kilka książek napisać. Powiedzmy piętnaście. Rocznie. Nic mnie tak nie jara jak żarcie pod korek. Zjem wszystko. No może oprócz moich kotów, nie jestem Alfem i omegą.
  11. „Uratuj kotka! Ostatnia książka o pisaniu, jaką przeczytasz” Blake Snyder https://ebookpoint.pl/go-puratujkotka– podkreślę ponownie, żeby nie było nieporozumień. Kotków nie jadam. O pisaniu nie czytam, bo nie umiem czytać. Ja tylko pisać umiem. No i jak piszę, to nie mogę czytać jednocześnie, bo jak? I tak jestem wybitnym geniuszem, a aż takiego geniuszu ziemia, ta ziemia by nie uniosła.
  12. „Uwięzieni w słowach rodziców. Jak uwolnić się od zaklęć, które rzucono na nas w dzieciństwie” Agnieszka Kozak, Jacek Wasilewski https://ebookpoint.pl/go-puwiezieniwslowachrodzicow– tutaj warto podkreślić, że ja z tych zaklęć się uwolnić nie chcę. Mama od dzieciństwa karmiła mnie tekstami, że jestem ładna, mądra i mogę być kim chcę. I ja tam jej wierzę, przecież rodzona matka by mnie nie okłamała, right?
  13. „Jak być zabawnym, a nie śmiesznym. Przewodnik po dobrej rozmowie w pracy, w domu, w życiu” Przemysław Kutnyj https://ebookpoint.pl/go-pjakbyczabawnymniesmiesznym– mogę być kim chcę, ale nadal nie wiem kim i czy oby na pewno jestem zabawna, czy raczej śmieszna. Ale wiecie co? Mam to w koszyczku! Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, żeby bawić się, żeby bawić się, żeby bawić się na całego!

Kto zaśpiewał? 😀

Mogłabym tak pisać o książkach w nieskończoność, ale wyszłaby z tego książka. Jeśli chcecie wiedzieć o czym naprawdę są wybrane przeze mnie tytuły, to skorzystajcie z promki i sprawcie sobie odrobinę przyjemności zamiast szorować okna na święta. A może nawet wygracie czytnik do ebuczków? Jakby co jest fabrycznie czysty, nie potrzebuje pucowania, nie to co okna! Okna, albo książki – wybór jest prosty jak  zajęcze ucho 😉

Chmielaki 2022

By | Blog, Rozkminy | No Comments

Wspaniałe to były Chmielaki, nie zapomnę ich nigdy! Nie żebym po nich tydzień dochodziła do siebie, ale musiałam ogarnąć różne sprawy.

Pijaństwa i pijaków nie znoszę. Pewnie macie w głowie takie wtf, bo jak to piwo swoje ma, Chmielaki pokazuje, a nie lubi mordy zachlać. No nie lubię. Lubię wypić 2-3 piwka okazjonalnie, nacieszyć się smakiem, a niektórzy się dziwaczą, że jak to tak i ja jedno piwo kupuję w cenie ich czteropaku. A no tak, piję ze smakiem, a nie żeby się odciąć, bo ja się nie mam od czego odcinać. Kultura picia w naszym kraju prawie nie istnieje. Daleko nam do krajów południowych, gdzie wieczorami ludzie wychodzą z domu i sącząc lekkie alkohole spędzają ze sobą czas. Długa droga przed nami. Polacy jeszcze nie dorośli do degustacji, ciągle większość pije żeby paść. Smutne. Niemniej zauważam, że to się zmienia. Powoli, ale jednak. Mam dużo znajomych, którzy nie piją wcale, bo tak i już. Na weselach już nikt nie bredzi, że czemu nie pijesz, ze mną się nie napijesz i takie tam. Również Chmielaki przeszły transformację, która może jeszcze nie jest jakaś znaczna, ale zauważalna.

Pierwsze Chmielaki odbyły się w 1971 roku. Jest to najstarszy i największy festiwal piwny w kraju, a właściwie Ogólnopolskie Święto Chmielarzy i Piwowarów. Takie polskie October Fest, tylko, że w sierpniu. Niegdyś Chmielaki odbywały się w drugi weekend września, od kilkunastu lat impreza ma miejsce w przedostatni weekend sierpnia. Wydarzenie zostało przełożone, bo we wrześniu pogoda bywała kapryśna. Pamiętam jak lata temu spędziłam Chmielaki w zimowej kurtce, to właśnie wtedy nauczyłam się pic grzańca 😉 Uważam, że sierpniowa data jest lepsza pod wieloma względami, chociaż na chmielowe dożynki jest trochę za wcześnie.

Chmielaki to nie tylko picie piwa. Chmielaki to takie piwne miejsce spotkań. Imprezie towarzyszą różne inne wydarzenia na przykład Chmieloty, Półmaraton Chmielakowy, czy Konsumencki Konkurs Piw. Krasnystaw jest zamykany na trzy dni, podczas których można posmakować różnych piw. W tym roku było to aż około 1000 rodzajów złocistego trunku! Co ciekawe, w tym roku rozsmakowałam się także w piwach bezalkoholowych. Nie tak dawno wymyślono metodę całkowitego usunięcia etanolu zachowując przy tym wszystkie walory smakowe piwa. Dzięki temu piwo bezalkoholowe przestało być mdłymi pomyjami bez smaku. Czytajcie etykiety, są piwa O%, ale też takie, które mogą mieć do pół procenta alkoholu. Nie polecam mimo to żadnych piw osobom w ciąży, uzależnionym (nawet 0% może być wyzwalaczem) oraz kierowcom. Bo po co? Bez piwa da się żyć, po piwie mogą się zadziać różne tematy. Ale ja nie o tym.

Ja o Chmielakach Krasnostawskich. Stare wygi twierdzą, że kiedyś to były Chmielaki, teraz to nie to samo. Oczywiście, że nie to samo, bo nic nie stoi w miejscu. I bardzo dobrze! Niegdyś piwa brakowało tak jak wszystkiego. Można było kupić piwo spod lady lub prosto z paki żuka. Czy dzięki temu było lepiej? No nie. Wolę 1000 rodzajów piw. Jeszcze kilkanaście lat temu na Chmielakach większość stoisk było obleganych przez kampanię piwowarską i znane byle jakie browary. Pisząc byle jakie mam na myśli popularne browary z cienkim piwem. Owszem, można było kupić kufel browara za 3 złote, ale czy po to są Chmielaki żeby upodlić się po taniości? No nie. Od kilku lat mamy inne czasy, osobiście uważam, że lepsze. Na salony wjechały krafty. Dopieszczone piwka w wielu smakach, na różnych chmielach, przeróżne rodzaje, zapachy, goryczki, słody! Wspaniały jest to czas dla osób, które lubią uraczyć swoje kubki smakowe kufelkiem zimnego złota. Ceny za takie piwo oscylują w granicach średnio od 10 do 15 złotych. Były też piwa tańsze i droższe. Było nawet takie za 60 złotych za butelkę, długo leżakowane w beczkach po whisky, dopieszczone, warzone w niewielkiej ilości. Wolę wypić 2 dobre, droższe piwa, niż 10 byle jakich. Jeśli mam pić byle jakie piwo, piję wodę. A więc czy kiedyś było lepiej? Było inaczej. Osoby, które mówią, że kiedyś było lepiej nie tęsknią za lepszymi według nich czasami, a za swoją młodością, ot i sekret 😉

Podczas Chmielaków mamy dwie, a nawet trzy sceny. Główna, w parku, nazwę ją popowa. Występują na niej gwiazdy muzyki popularnej. W tym roku należy pochwalić wykonawców młodego pokolenia. Roksana Węgiel, mimo, że fanką nie jestem, dała bardzo fajny energiczny koncert. Piękny głos, dobry kontakt z publicznością. Mery Spolsky również dała z siebie dużo pozytywnego wajbu. Vito Bambino przyszedł i pozamiatał. Niestety „stare” gwiazdy nie dowiozły, a szkoda. Muzyka smętna, zupełnie nie pasująca do imprezy z pianką. Od kilku lat koncerty organizuje RMF Lato na Maxxxa i to oni dobierają gwiazdy. Niestety oprócz tego nie promują w żaden sposób Chmielaków, wykonawcy występują nie pod szyldem Chmielaków, a RMF Maxxx, Pomysł totalnie z dupy. Ale cóż… miasto pozbyło się problemu, nie muszą sami ogarniać artystów, zajmuje się tym RMF (za niemałe pieniądze!). Pomysł tragiczny.

Druga scena rozstawiona jest na dworku. Tam możemy posłuchać spokojniejszej muzyki, ludowej, czasami alternatywnej, czasami bluesa. Ogólnie mniej popularne nurty muzyczne. Zarówno miejsce jak i dobór artystów jest miłą odskocznią. Żałuję tylko, że miasto zrezygnowało z Chmiel ROCK, który lata temu przyciągał tłumy wiadomo jakim gatunkiem muzycznym. Uważam, że to powinno się zmienić.

Trzecia scena, to właściwie nie jest scena, ale tak ją sobie nazwałam roboczo. Jest to strefa disco pod szyldem Tyskiego. Nie będę obiektywna, bo nie lubię ani disco polo, ani Tyskiego 😉 Tam zazwyczaj bawią się tłumy. Nie dziwi mnie to, bo muzyka jest skoczna, a piwo cienkie i tanie. Dla każdego coś miłego. W tym roku było jakby mniej disco polo, a więcej muzyki dyskotekowej. Wiem, bo mieszkam niedaleko i o 3 rano wanna drży mi w rytm przebojów 😀

Czy to były fajne Chmielaki? Bardzo! Otaczam się wspaniałymi ludźmi, a nie od dziś wiadomo, że towarzystwo to połowa sukcesu. W tym roku zostałam ryjem polskiej świni, co było dla mnie miłym doświadczeniem, a kto jak kto, ale ja mięcho lubię tak samo jak krafty. Dużo czasu spędziłam też na stoisku Incognito, bo lubię i chcę. Ludzie chętnie kupowali zimną Niewyparzoną Pudernicę, butelki skończyły się już w sobotę! Uwielbiam ten nasz mały, regionalny browar i właścicieli. Wybitne trunki warzą! Dużo gadałam z Wami Lubiczami, zbijaliśmy piąteczki, piliśmy piwko, były autografy, fotki i wspólny sympatycznie spędzony czas. Uwielbiam ten klimat i dziękuję za tak liczne przybycie!

Niestety gołym okiem widać też niedociągnięcia. Promocja i reklama Chmielaków leży, kwiczy i drży w konwulsjach. Informacje o tej kultowej imprezie powinny krążyć po całym kraju co najmniej od maja. Media tradycyjne, social media, influencerzy, plakaty, bilbordy, ulotki, możliwości jest masę niestety włodarzom miasta najwidoczniej się nie chce. Owszem, są to dodatkowe nakłady finansowe, jednak koszty zwróciłyby się kilkukrotnie. Ale to trzeba przede wszystkim chcieć! A u nas lepiej narzekać, że to nie to samo, a robić nie ma komu. Szeroko zakrojona reklama podniosłaby prestiż, przyniosłaby zyski. Nad tym aspektem należy się pochylić. Jakże dziwnie mi było przyjmować rok temu propozycję festiwalu piwnego z Wrocławia. Zamiast reklamować imprezę z mojego miasta dostrzeżono mnie na drugim końcu kraju. No cóż. Za sentymenty smalcu nie kupię 😉  I nie chodzi tu o mnie, ale o całokształt. Reklama, działanie – tego brakuje. No i jeszcze może tojek mogłoby być więcej 😉

Podsumowując. Chmielaki się odbyły. Jest to świetna impreza. Mogłaby być lepsza gdyby komuś się chciało. Do zobaczenia za rok w przedostatni weekend sierpnia!

10 typów piwoszy. Którym piwoszem jesteś?

By | Blog, Kocopoły | No Comments

Ciężko ugryźć kulturę piwną w kraju, gdzie alkohol kojarzy się z chlaniem na umór, a zakup dobrego piwa często spotyka się z tekstem typu – „Cooo?! Piwo za 10 złotych? To ja mam za to czteropak XXX!”. Wiem, jak jest. Sama często spotykałam się z podobnymi opiniami. Niejeden woli kupić kilka byle jakich piw i się urżnąć. Ja wolę jedno, dwa dobre piwa (najlepiej własną Niewyparzoną Pudernicę, wiadomo!), niż 10 byle jakich. Kwestia wyboru, upodobań i nałogów. Bo niestety, wszędzie i zawsze trzeba mieć umiar. Można być smakoszem, można być alkoholikiem, albo zwykłym pijakiem, można też nie pić wcale. Każdy z nas ma wolną wolę i wybiera własną drogę. Osobiście uważam, że najlepiej być smakoszem albo nie pić wcale. Do nadużywania alko nie namawiam, wręcz przeciwnie – uczulam, bo łatwo można przepaść.


Wróćmy jednak do przyjemności. Jeśli ktoś jest pełnoletni, nie nadużywa alkoholu, potrafi się rozsmakować w dobrych trunkach, a przede wszystkim ma poczucie humoru, to ten wpis jest dla niego. Powstał on z okazji 11. Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa, który odbędzie się już w najbliższy weekend (3-5 września 2021) na Stadionie Wrocław. Jeśli ktoś ma niedosyt po Chmielakach Krasnostawskich, to jest okazja na poprawiny we Wrocku 😉 I tak, będzie można kupić Niewyparzoną Pudernicę!


Jak tak sobie węszę wśród piwoszy, to mogłabym pijących piwo podzielić na kilka grup. Na festiwalach piwnych przewijają się wszystkie typy. Mam dla Was ściągę. Możecie sobie wydrukować, wybrać się na WFDP i odhaczać jak w bingo 😀


Piwny Fanatyk

Wszędzie łazi ze swoim pokalem. Każdy łyk piwa przeżuwa jakby burgera opierdalał. Macha tą swoją szklaneczką, wącha jakby miał gówno w szkle. Krzywi się, coś w głowie przetwarza. Burczy pod nosem, że IBU nie takie, a chmiele by zmienił. Gardzi wszystkim co nie jest kraftem. Wytyka palcem tych, którzy piją piwo z “kampanii piwowarskiej”. Nie szczędzi gorzkich słów pod adresem zwykłych smakoszy, którzy jego zdaniem są niegodni by w ręku kufel trzymać. Kuflami zresztą też gardzi, bo kufel nie oddaje odpowiedniego aromatu piwa rzemieślniczego, które spożywa. Wie wszystko i najlepiej, dlatego rzadko występuje stadnie. Jest raczej samotnikiem, który wpierdala się między wódkę, a zakąskę, a właściwie między kufel, a szklankę i nieproszony poucza wszystkich w temacie piwa.


Zwykły Smakosz

Przychodzi na festiwal, żeby poznać jakieś nowe smaki. Skosztuje trochę jasnego, trochę ciemnego. Powie dobre słowo barmanowi. Krafcik chętnie, zwykłe jasne pełne pod kiełbasę – nie ma sprawy. Typ nienarzucający się, zazwyczaj sympatyczny i taktowny. Wiedzę piwną podstawową posiada, ale nie żongluje nią jakby od tego zależało jego życie. Lubi rekreacyjne wypady na piwne ciekawostki, ale nie odmawia też kumplowi Żywca. Pocieszny stwór.


Piwny Janusz

Na piwną imprezę przyszedł, bo przeczytał tylko, że piwo będzie. Na miejscu chodzi i marudzi, że serwują jakieś drogie gówno bez smaku. Że śmierdzące to piwo, za gorzkie, za słodkie, a przede wszystkim za drogie! W ogóle to nie ma to jak Tatra! On by miał sześciopak Taterki w cenie jednego piwa na imprezie. Patrzy na ludzi jak na wariatów. Kiedy ktoś daje mu na stoisku skosztować piwa ten przykleja się do kega i każe sobie nalewać na skosztowanie wszystkie rodzaje dostępnych piw. Po wyssaniu wszystkich próbek, stwierdza, że nic nie kupi i Tatra lepsza. Potem idzie do kolejnego stoiska. Z festiwalu wychodzi szybko nie wydając grosza, ale zachwianym krokiem i kieruje się prosto do Żabki. Po Tatrę.


Soczanka

Zazwyczaj samica, ale samców też takich spotkałam. Podchodzi pod stoisko, barman pyta co podać, a Soczanka mówi, że z sokiem. Ale co z sokiem? No dla niej z sokiem. Piwo z sokiem. Obojętnie co, byle zabić smak sokiem. Taniej byłoby wypić sok, ale co kto lubi. Wszystko jej smakuje, każde piwo chwali, byle tylko połowę kufla stanowił sok. Pocieszne stworzenie, nieszkodliwe społecznie. Wkurwia się tylko kiedy słomek nie ma.


Nieboniec

Typ z gatunku niebońców kieruje się w swoim piwnym życiu mottem „nie, bo nie” i elo. Jeden z podgatunków całkowicie nie lubi piwa, bo śmierdzi, bo gorzkie, bo bąbelki w nos szczypią i nawet nie skosztuje, bo nie. Na piwne imprezy przyłazi dla towarzystwa albo żeby powkurwiać i gardzić smakoszami. Drugi z podgatunków niebońca, to nieboniec wybiórczy. Pije tylko ciemne albo tylko jasne piwo, tylko IPY albo tylko APY, wybiera sobie wąski zakres piw, a resztą gardzi. Na pytanie, dlaczego nie skosztuje ciemnego, mówi, że nie, bo nie i chuj, i po temacie.


Instabirstar

Założył Insta piwnego, żeby móc wymuszać od browaru darmowe piwa do recek. Na festiwal przyjeżdża na specjalne zaproszenie od organizatorów i zamiast pokazywać co dzieje się na imprezie to cyka milion fotek swoich stylówek i wymusza darmowe piwo. Bez różnicy jakie, bo jego wiedza kończy się na tym, że gorzkie piwo jest bardziej trendy. Jeśli jest dopiero aspirującym Instabirstar, to jedzie na imprezę na własny koszt i kręci się w okolicy atrakcyjnych miejsc i ludzi udając, że dostał zaproszenie, nocleg i dobre wynagrodzenie. Nieszkodliwy gatunek, ale psuje imidż tym prawdziwym Instabirmanom.


Instabirman

Zakręcony znawca piwa, który każdy łyk złotego trunku skrupulatnie opisuje w social media. Na festiwalu robi miliony zdjęć, stories, lajwów. Ochoczo opowiada swoim odbiorcom jakie pije piwo, które jest najlepsze, które mu nie smakuje. Dzieli się każdą minutą imprezy. W jednym ręku dzierży telefon, w drugim piwo. Zazwyczaj ma dużą wiedzę, ale nie wciska jej nachalnie. Jeśli chcemy z nim pogadać, to szybciej będzie w wiadomościach niż na żywo, bo nie ma czasu na pogaduszki poza siecią.


Okazjusz

Wpada na festiwal, żeby nazbierać fantów. Albo je kolekcjonuje albo opierdala na OLXie. To nieistotne. Najważniejsze, żeby nazbierać jak najwięcej gadżetów. Kufle, szklanki, smycze, podkładki, etykiety, liczy się ilość. Jeśli koszulki są po 5 dyszek, to będzie dotąd zawracał dupę, aż kupi ją za 19,99 i jeszcze na ładne oczy wysępi browarka. Potem chodzi z tym jednym browarkiem do końca dnia i wyciąga kolejne długopisy z logiem browarów. Upierdliwy, ale nie szkodliwy typ.


Pseudoznawca

Samozwańczy znawca. Godzinami będzie się wykłócał, że nie mówi się pyłek chmielowy tylko lupulina, bo tak wyczytał w internecie i słówko brzmi bardziej pro. Udaje, że wszystko wie, a tak naprawdę nie odróżnia IBU od BLG (Jeśli też nie odróżniacie, to tutaj się dowiecie co jest czym 😉 http://www.festiwaldobregopiwa.pl/dla-gosci/poradnik-piwosza/). Jedyne co odróżnia, to kolory w piwie. Jest przekonany o własnej zajebistości i zanudza każdego kogo spotka myśląc, że inni nie widzą, że opowiada kocopoły. Natrętny i upierdliwy. Wystarczy dać mu najtańsze piwo i wmówić, że to najdroższy kraft świata i już będzie opowiadał barwne historie o pochodzeniu chmielu, wody z alpejskich źródeł i wyczuwalnej nutce egzotycznych owoców. Kiedy powiesz mu prawdę, zarzuci focha i oddali się w poszukiwaniu innego towarzystwa, któremu skatuje banie.


Wisimita

Wisi mu to jakie piwo pije. Ma być zimne. Ale jeśli nie ma akurat zimnego, to ciepłe też będzie ok. Piwo jest po to, żeby je pić. Nieważna jest marka, skład, chmiel. Nic nie ma znaczenia. Najważniejsze, żeby było piwo. Koszulka „Piwo, to moje paliwo”, to jego ulubiony gadżet. Piwko może być do popijania obiadu, może być do filmu i może być z okazji weekendu albo bez okazji. Jak jest jakaś promka w Biedrze, to chętnie stanie w kolejce o 6 rano, bez różnicy jakie piwo kupi, to i tak kupi. Piwo to piwo.


Pewnie znalazłoby się jeszcze więcej typów piwoszy, ale pić mi się zachciało od tego pisania 😉 Utożsamiacie się z którymś gatunkiem miłośnika piwa? Lubicie piwo? A może tylko z sokiem? A może tylko gorzkie? A może Tatra? Nie ważne jakim typem jesteście, w imieniu organizatorów zapraszam Was na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa, tam z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Szczegóły znajdziecie na stronie i SM organizatora:

http://www.festiwaldobregopiwa.pl/ https://www.facebook.com/festiwaldobregopiwa/ https://www.instagram.com/wroclawskifestiwaldobregopiwa/

Cnoty niewieście i złe kobiety

By | Blog, Rozkminy | No Comments
Cnoty-niewieście

Rano wkurwił mnie Czarnek ze swoim „ugruntowaniem dziewcząt do cnót niewieścich”. Ale to jak wkurwił mnie inny gość, to przechodzi ludzkie pojęcie! Wyskoczył mi cudak na Fejsie i jakby stał koło mnie, to chyba bym mu na złość gołe cycki pokazała żeby do końca życia wspominał i żył w grzechu.

Niejaki Jakub Kamiński, który określa siebie jako ewangelistę (ta kurła, a ja jestem prorokiem, bo w styczniu przepowiednię postawiłam), wrzucił na swój profil obrzydliwy film. W tym filmie ciśnie po kobietach pod przykrywką troski o nie. Człowiek ten twierdzi, że kobiety wyzwalają w mężczyznach żądze. Przez strój letni prowokują facetów do patrzenia na nie. Odsłonięte nogi, ramiona i dekolty doprowadzają do grzesznych myśli. Biedni panowie nie mogą opanować się przed patrzeniem na odsłonięte części ciała i potem w domowym zaciszu walą konia. Wszystko wina kobiet! Jacy Ci panowie biedni!

Wywód tego chłopca trwa dobre 14 minut. Korzystając z prawa cytatu dodam tu fragment, na wypadek jakby usunął. Z grubsza – gość pierdoli takie farmazony, że bez wulgaryzmów nie da się tego opisać. Chłopczyk uważa się za „tego, który wali w dziesiątkę i nie owija w bawełnę”. To ja Ci teraz kurwa parę słów prawdy powiem niewyżyty cwaniaczku. Tak Cię owinę bawełną, że do końca życia będziesz widział moje profilowe przed zaśnięciem, przed waleniem konia i przed płaczem w poduszkę.

Po pierwsze chłopcze, jeśli tak Cię na pokuszenie wodzą letnio ubrane kobiety, to weź i nie patrz. Biblia mówi jasno – „Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je”. Jeśli natomiast na widok odsłoniętego ramienia pędzisz do domu żeby strzelić pamięciówkę, upierdol sobie rękę – „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją” (Mk 9,43-48). I tutaj mamy rozwiązanie problemu po Twojemu, zalecenia z Biblii.

Dziecko drogie, bo przecież do mężczyzny Ci daleko, lekarzem nie jestem, ale prawdopodobnie masz jakiś problem z seksualnością. Religijne kanony wpoiły Ci wstyd, poczucie winy i diabli wiedzą co jeszcze. Twoje wypowiedzi, to doskonały przykład na usprawiedliwianie gwałtów, molestowania i wszelkiego rodzaju wykorzystywania seksualnego. Bo kobieta pokazała kolana! Bo spódniczka była za krótka! Bo mnie sprowokowała dekoltem! Bo miała krótkie spodenki! Biedny chłopiec, musiał, bo przecież kobieta na złość jemu w upał spódnicę założyła! Rzygać się chce! Nie ucz kobiet jak mają się ubierać! Ucz się jak myśleć głową, a nie kutasem. Koniec z uczeniem dziewczynek, że mają być skromne. Co to znaczy skromne? Czy spódnica 2 cm krótsza niż za kolano, to już zaproszenie do gwałtu? NIE! Nie uczcie dziewczynek jak się ubierać, uczcie chłopców jak szanować dziewczynki.

Tak bardzo jesteś religijny? To idź i pomódl się o rozum i panowanie nad własnym chujem. Jeśli Twój penis ma więcej do powiedzenia niż głowa, to jest źle. Wadzą Ci kobiece nogi? To patrz na swoje. Myślisz, że jak jest gorąco, to będę dla waćpana chodziła w worku jutowym, bo pan nad kutasem nie panujesz?! To jest Twój problem, nie mój. To Ty nie panujesz nad własnymi żądzami, a nie kobiety są im winne. Jeśli jestem Ci cokolwiek winna, to tylko kopa w jaja. Taki jesteś cwaniak? To chodź się napierdalać. Może być na gołe klaty, bo chyba dawno cycków nie widziałeś.

Faceci myślą inaczej niż kobiety? To chyba nie masz styczności ani z tymi, ani z tymi. Jak kobieta widzi fajnego kolesia, to też w myślach przelatuje „ale bym go wyruchała”. Jak facet widzi fajną kobietę, tak samo może pomyśleć. Jasne, że może pomyśleć! I nie ma w tym niczego złego. Jak widzę fajny samochód, to myślę sobie „ale bym się przejechała takim”, co nie znaczy, że lecę za autem i wpierdalam się na siedzenie pasażera. Stop wpajaniu ludziom jakichś wyimaginowanych grzechów! Co to jest grzech? Wymysł, brednia, poniżenie, kara dla ciemnoty. Nie ma czegoś takiego jak grzech. Albo jesteś dobrym człowiekiem, albo chujem. Proste.

Czy jak ubiorę się w golf, wielki dres, będę rozczochrana, niepomalowana, nieumyta, to wtedy żaden facet nie będzie chciał mnie „zgwałcić wzrokiem”? A gówno prawda! Każdy komuś może się spodobać niezależnie od ciuchów! To nie kobieta jest źródłem Twojego grzechu chłopcze, tylko Twoja wypaczona seksualność zgwałcona przez religijne dyrdymały. Takie zaburzenia się leczy i mówię to całkowicie poważnie.

Przez takich kretynów jak Ty przez długi czas pilnowałam się z tym jakie zdjęcia wrzucam na Insta, bo zaraz miałam wysyp wiadomości. Propozycje randek, głupie podśmiechujki, podteksty, a nawet zdjęcia penisów. I żeby było jasne, w swoich social media nie wypinam żadnych części ciała, ciuchy są zwyczajne, ale nawet sukienka w kolano powodowała zmasowany atak stulejarzy. Teraz mam wyjebane. Niech się wstydzi, ten co widzi. A jak ktoś wyskakuje z jakimiś głupimi tekstami, dostaje bloka na starcie. To nie moja wina, że nawet w worku po kartoflach zwracam uwagę. To kłopot niewyżytych gówniarzy z problemami. Ale to nie ja jestem od rozwiązywania problemów. Od tego są lekarze. Niewyżytym chłopcom mówię WYPIERDALAJ ode mnie. Tobie, samozwańczy ewangelisto mówię to samo. Odpierdol się ode mnie i od reszty kobiet!

Dwudziesty, kurwa, pierwszy wiek, a my dalej w lesie.

PS. Co kobiecie pewnie też przeklinać nie wypada? Nie wypada, to mi (jeszcze) dysk!

Lato.

By | Blog, Kocopoły | No Comments

Albo jak czekasz cały rok na to lato, bo przecież ile może być zimno. Bo przecież w Polsce to 10 miesięcy w roku chujnia, a potem też chujnia, ale przynajmniej słońce świeci. No i przychodzi lato i jeb po ryju z plaskacza. Nie ma, że 25 stopni, tylko od razu z Antarktydy trafiasz do piekła.

Wstajesz rano i już 30 stopni. Pot leje się po dupie. Właściwie mógłbyś spać do siódmej, ale już o 5 słońce krystalizuje całe zło w szybie i czujesz, że za chwilę spłoniesz, no to wstajesz. Okno trzeba zamknąć po nocnym wietrzeniu. Takie to wietrzenie kiedy w nocy 25 stopni. Kolejny rok powtarzasz, że w tym roku już na pewno kupisz ten jebany klimatyzator, ale tak się składa, że musisz też za coś jeść.

Wstałeś. Gorącej kawy nie wypijesz, bo spłoniesz. Herbata to samo. Jeść się chce. Jeść nie dasz rady. Jak musisz wyjść do roboty to podwójna skucha. Jak w aucie nie masz klimy to potrójna. Jak w robocie nie masz klimy to poczwórna. I już wiesz, że to nie wina skuchy, tylko Twoje życie jest do dupy.

Otwierasz drzwi i wychodzisz na zewnątrz. Jakby ktoś Ci żar z grilla na plecy wyjebał. Idziesz do tej roboty. Nakurwiasz w tym ukropie, a i tak na koniec dostajesz zjebę. Możesz wracać do domu.

W domu zaduch. Na dworze piekło. Wchodzisz do wanny z zimną wodą i wyobrażasz sobie, że leżysz w basenie na jakimś Korfu. Kolejny rok powtarzasz sobie, że w tym roku to już na pewno polecisz na wakacje, ale tak się składa, że musisz też za coś jeść. I tak leżysz, Instagram przeglądasz. Ta w Meksyku, tamta na Zanzibarze, tamten na Dominikanie fiordy karmi. Jezu, kurwa, ja pierdolę! A Ty w tej wannie pierdzisz, jacuzzi robisz i liczysz, że jakby zrezygnować z jedzenia awokado, wstawać wcześniej i pracować ciężej, to może by chociaż na 5 dni w Albanii wystarczyło. No pod warunkiem, że dojedziesz rowerem. Problem w tym, że nie jesz awokado, bo kartofle wychodzą taniej. Pod warunkiem, że ubiegłoroczne, a nie te młode. Boże kogo stać na młode kartofle? Jebane bogacze z targu śniadaniowego. Warszawka się bawi, a ludzie głodują. Wcześniej nie będziesz wstawał, bo nie opłacałoby się kłaść. Pracować ciężej? Ja pierdolę i tak ledwo czołgasz się do domu po robocie. A chuj tam z tym, znając życie, nawet jak byś z kartofli zrezygnował, to w momencie jak odłożysz na weekend w Koziej Wólce, dopierdolą taki lokdałn, że znowu srajtaśmy w sklepach zabraknie, bo wszyscy się posrają.

Wyłazisz z tej wanny. Jeszcze dobrze się nie wytarłeś, a już pot leje się po dupie. Przydałoby się zrobić coś w domu, ale każdy krok jest znaczony stróżką potu spod pachy. Nie wiadomo, czy znowu poudawać w wannie Korfu wakajki, czy wytrzeć pachę znoszoną koszulką. Oesu, o kurwa. Kiedy ta zima w końcu?! Czy w tym kraju wszystko musi być chujowe, nawet pogoda?

Kangoo całe piwem zajebane, przypominam! Euro 2020

By | Blog, Kocopoły | No Comments

Euro 2020 rozgrywa się w 2021 roku, a to dopiero początek tego obłędu. No bo wracasz pewnego dnia do chałupy i od progu potykasz się o jakieś szpargały. Koszulka, szaliczek, gwizdek jakiś, czapka. Kurła, czapka i szalik w lecie? Wiesz, że coś się dzieje. Dobrze, że wuwuzele zostały zakazane po tym jak w RPA ludziom krew z uszu ciekła. Kopiesz to na bok, nogą odgracasz sobie ścieżkę. Jakoś tam dołazisz do kuchni. Wyjmujesz zakupy z torby. Otwierasz lodówkę i… taki chuj. Palca nie wścibisz, a co dopiero hummus z buraka, jarmuż z dziewiczych upraw i antrykot z kangura.

Cała lodówka zajebana najtańszym piwem w sześciopaczkach. Dyskonty jebane. Promocji narobiły. Stary o 5 rano, zamiast do roboty, to pod market pojechał. A tam już inni podobni jemu. Andrzej spod piątki, Tomek z parteru i Heniek z tego domku pod lasem. Cała klika. Podmianki od północy robili, jakby kroksy kto rzucił. Teraz stoją wszyscy, bo o 6 otwarcie przybytku. Za nimi stado chłopstwa. Każdy nogami przebiera. Trawnik wydeptany. Sportowce pierdolone. I wtedy sezamie otwórz się! I ruszyli. Że starsi ludzie po karpie biegną, to idzie zrozumieć. Że dzieciarnia po lody na złamanie karku zasuwa, to do ogarnięcia. Ale żeby stado samców deptało sobie po głowach, bo najgorsze piwo 20 plus 20, to już pojęcie przechodzi. Dobra. Biegną. Łapią. Od 4 lat tyle ruchu nie zaznali. Brzuchami się klinują między półką z podpaskami, a paletą z napojem jabłkowo-wiśniowym. Walczą jak lwy. Bożesz Ty mój panie Władysławie, jakby oni tacy waleczni byli kiedy trzeba! No orły, sokoły, herosy! Wracają z obitymi mordami, ale cały kangoo Heńka piwem zajebany. Husarze.

Po 3 wdechach dokopujesz się do kibla, a tam srajtaśma w barwach Euro. Do tego idealnie się nadaje. Do pokoju też jakoś udaje Ci się przebić. Sadowisz kuper na kanapie i odpalasz ulubiony serial po ciężkim dniu. I już jest klika. Stary morda wymalowana, koszulka w narodowych barwach misternie naciągnięta na sześciopak. Na sześciopak z piwem, bo staremu na bęben się nie zmieściła. Siada stary. Siada Heniek. Ten co ma kangoo. I pssttt! Szczynopiwo otwarte. Pilot zabrany. Gówno nie serial obejrzysz. Mecz. Ale mecz za godzinę przecież! Ale studio! Prawdziwy sportowiec zaczyna wcześniej żeby powzdychać za sztuką Strejlaua. Ależ on jest artystą! Matejko mógłby mu buty czyścić. To Gmoch kretynie! A Szpakowski? Matko bosko mistrzosko! Tylko dla niego TVPis można odpalić! Ale w Fifce, to jego komcie zjebali. Wstyd. Słuchać się nie dało. Ale w telewizji, nawet w pisiorskiej, Szpako, to miód na uszy. I Borek. Borek to nie w Polsacie? Borek też się sprzedał? Pewno mu dobrze posmarowali. Ale w TVPis też zawsze był. To jak to jest? Nieważne. On ładnie komentuje. To czas na drugie piwko.

Po trzecim zaczyna się mecz. A już na pęcherz ciśnie. Ni to iść, ni oglądać. Stary leje przy uchylonych drzwiach do kibla żeby gola nie przeoczyć. Heńkowi nie wypada, ale po 6 piwku wypada mu szczać z balkonu, bo z balkonu telewizor widać. Siedzisz tak między nimi i zaczynasz się wczuwać. Antrykot dalej na stole. Kurwa, do wyrzucenia będzie. Sięgasz po piwo zła jak pies. Stary się drze, że trzeba se było kupić i nie starczy. Ta, nie starczy. Kangoo całe piwem zajebane, przypominam. Dobra. Dali. Humor Ci się poprawił, to chcesz zabłysnąć i pytasz o spalony. I już wiesz, że to nie był dobry pomysł. Stary wzrokiem Cię przeszył. Heniek niby tłumaczy. Że jak ten co mu strzelają przekroczy linię, że odbiór piłki, że jak drużyna, że jak piłka, że jak Jezu kurwa ja pierdolę! Niech to Gmoch rozrysuje. O nic więcej nie pytasz.

Reklamy. Jak nie jebnie po głośnikach! A reklamy to zawsze jakby kto granat do publicznego kibla na PKP rzucił! Lecą się odlać wszyscy, czas chcą wykorzystać. Do lodówki po kolejne sześciopaki. Jedzenie by się przydało, ale to po pizzę się zadzwoni, bo przecież w lodówce już na jedzenie miejsca brakuje. Heniek se przypomina, że przecież czipsów nabrał i w kangoo ma. Leci szybko na parking. Nogi mu się plączą. Odlał się jeszcze pod balkonem na zapas i wraca. I mówi, że deszcz chyba zaczyna, że jak on tam dojdzie do tego swojego domku pod lasem. Śmiejesz się cicho, ale nic nie mówisz. Dusisz się już. Ale od zapytania o spalonego morda na kłódkę, nie powiesz chujowi, że szczał po balkonie, to mu nakapało. Niech ma. Dobra. Cicho, bo mecz! Cicho kurwa!

Dramat jest, bo przecież ich faworyci już na starcie wbili sobie samobója. A jak jest dramat, to pije się coraz więcej żeby ten dramat zagłuszyć. Piwa nie zabraknie, cały kangoo piwem zajebany, przypominam. A ten, to źle nazwisko wymawia, a ten piłkarz, to ma taką żonę, że by ją cimcirimcim. A nie, bo tamten ma lepszą. A nie, bo one wszystkie takie same, bo jeden ojciec skalpel. A ten, to taki ćpun był i patrz, gra i daje radę. A pamiętasz jak w mistrzostwach nasi do finału doszli? A w 98 jak były te mistrzostwa świata, co Francja wygrała, wtedy to było! Brazylię wymęczyli! Ale Chorwacja to dopiero grała! Nie to co teraz! W końcu jakiś tam gol dla ich drużyny. Cieszą się, skaczą, morda pomalowana tanimi farbkami spływa od tych emocji, alkohol tak paruje, że pies sąsiadów wyć zaczyna. Brzuchy im skaczą, dziura w skarpecie coraz większa. Sportowcy. Dobrze, że te wuwuzele zakazali…

W końcu koniec! Koniec meczu! Stary i Heniek widzą ulgę na Twojej twarzy. Stary oznajmia, że to dopiero pierwszy mecz. Pierwszy z ilu? Z wielu! Kurwa! To ile tego jeszcze? Dziś 3, jutro 3, pojutrze, popojutrze… I już wiesz, że miesiąc wyjęty z życia. A co to będzie jak Polska będzie grała? Dobrze, że nasi, to tylko 3 mecze, bo to przecież jakaś kumulacja. Na szczęście kangoo pełne piwa, przypominam. W myślach już układasz listę zakupów. 100 litrów prosecco powinno wystarczyć. 100 litrów prosecco i Halinka ze swoim dostawczakiem. Jakoś to będzie Grażynki! Dobrze, że wuwuzele zakazali!

Pasta. Rośliniary, zieleniary i szczepiary

By | Blog, Kocopoły | No Comments

Przez te wszystkie ostatnie zagłady ludzi pojebało. Że 5G, chipy, kosmici, to wiadomo, to już jest nudne. Ale pojebało na każdym polu. Zawsze miałam kwiatki, kwiatki miała matka i kwiatki miały babki. Zawsze nam rosło w ziemi z kretowiska, z suchego kija odbijała dżungla, a teraz ludziom odbiło.

I teraz tak. Wchodzę na grupę roślinną. Ta se 200 kwiatków kupiła w miesiąc. Cała chata zajebana łodygami, busz jak George. Żyje jak w jaskini, świata nie widać, tarantule się na łeb spuszczają. Za grzejnikiem siedzi tygrys. Rośliniara jedna. Tamten eutanazję już piątą ukatrupił i wyje. Bo on przesz nawóz z gówna pawiana z Boliwii zamówił za 8 tysięcy, to kwiaty powinny mieć już po dwa metry. On już miał w planie mieszkanie nad sobą kupić, żeby sufit zburzyć, żeby się zmieściło wszystko. A to zdycha. Kolejna wydała na kwiatki tyle, że mogłaby sobie chatę urządzić, ale nie urządziła, bo kasa poszła w krzaki. Śpi gdzieś pod palmą, na łeb jej się mszyca sypie. Opryski początkowo kręci takie eko-sreko, ale w końcu pęka, jak jej ciapata monstera za 5 tysięcy zdycha i napierdala chemią taką, że sąsiada karetka zabrała. Zieleniara jedna.

Raz jakaś laska pochwaliła się, że wycina mlecze w ogródku. Kurwa, co tam się działo! Jakby słoik miodu w mrowisko wrzucić! „To nie mlecz, to mniszek lekarski” – pisze jej jedna. „To nie mnieszek, to Taraxacum officinale, ignorantko!”. Zaraz następna zapierdala z pretensjami, że serca nie ma, rośliny niszczy, że serca nie ma, że ban! Ban! Ban! Jak się na nią rzucili! Za zabijanie roślin, za złe nazwy. A w ogóle, to na pewno jej stary był patologiczny, a matka pijaczka. A wszystko, bo laska wycięła chwasta. Z ogródkami, to można cały rozdział napisać. Jak masz tujkę w ogródku, to jesteś ostatni sort. Nie daj bób, że trawę kosisz. Łąka kwietna, to podstawa. Żadnych kamyków, kostka surowo zabroniona. Nic nie można. Ma być dzicz, sama natura i oczywiście najlepiej palma w donicy, bo to akurat modne, a jak modne, to musi być.

Albo jak jadą na wakacje i ktoś się pochwali, że urwał gałązkę pelargonii za pozwoleniem. Kamieniowanko. No, jakby była dinozaurem, to już by ją te kamienie zabiły. Bo przemyt, bo kradzież, to nic, że od cioci, to nic, że ta wycieczka to do Świnoujścia była i nie przemyca krzaków koki z Kolumbii z patogenami w ziemi. To jest nic. To wszystko zuo.

Albo idą do Biedry, podmieniają doniczki z cenami. Albo wykupują wszystkie zamie w Lidlu. To chuj, że już mają 15 takich na chacie, po 6,99 żal nie brać. Albo i skubią te szczepki po marketach. To już nie jest napiętnowane tak jak szczepka od cioci ze Świnoujścia. To już jest zwane sprytem i przedsiębiorczością. A szczepiary, to najgorsza zakała. Wszędzie widzą roślinę mateczną do opierdolenia. Wchodzi taka do urzędu i cyk wszystko obgryzione do łodygi. Tam skubnie, tu wygrzebie. Na cmentarz pójdzie, to rozchodnik jak kret wyryje. Jak do koleżanki wyskoczy, to jej nawet mech ze schodów zeskrobie. W oczach zamiast źrenic ma liście. Opętanie takie, wkurw, ręce drżą, ale rżną te gałęzie. Po dziecko do szkoły? Cyk kawałek zielistki. Do banku na chwilę? Już araukaria ujebana. Idzie przez miasto i tylko obczajka w okna. Jak sęp nad trupem, tak szczepiara nad wszystkim co zielone krąży.

Jak na kocich grupach o wszystko jest wojna, to na roślinnych jest koniec świata. Końcówka liścia podeschła i już masz diagnozę, że grzyb, przelane, przesuszone, zesrane, wszystko na raz. Wyrzuć, zakop, spal, a najlepiej na śmietnik, tylko powiedz na który, to se wezmę. Najgorzej jak masz monsterę. Bo trzeba bigos robić. Pierwszy raz jak to zobaczyłam, to nawet jeść mi się zachciało. A bigos, to 50 rodzajów ziemi, odważone na wadze do dzielenia mety, selekcja ostra, chipsy z kokosa, jakieś perlity, sryty. Kosmos taki, że Elon Musk nie widział. Popatrzyłam na moją monsterę dwumetrową i jej ziemię z kretowiska i myślę sobie, no albo ja jestem pojebana, albo komuś pociąg do dżungli odjechał, mówiąc, że we wszystkim innym to kaput dla monstery. Moja monstera uniosła lekko liść i popukała się w korzeń powietrzny patrząc z politowaniem na to, co ludzie piszą.

Raz jedyny uległam. Myślę, może faktycznie za dużo poję te kwiatki moje. Trochę zluzowałam. Bo wszędzie pisali, że grzyb, grzyb, zaraza i pomór. No zluzowałam, mniej wody. Patrzę, liście się zaczynają zwijać. I patrzę na siebie tak, i na te moje kwiatki, i dotarło do mnie, że pierdolec i fanatyzm rządzi w Internecie. Ja w kwiatkach od 33 lat, nawet wykształcenie kierunkowe, a posłuchałam wariatów, co sobie zrobili hobby na czas zarazy na świecie. A idź pan w chuj. Moje kwiatki nadal rosną, regularnie podlewane. W ziemi z kretowiska. Dorodne i bujne jak zawsze, a Kamil na grupie kupił kolejne 3 eutanazje dwa dni temu i już mu liście opadają. Nie wierzcie tym krzaczastym pojebom, babcie nie czytały, a paprotki zawsze miały bujne jak cyc Matki Stifflera!

Blogerka Niewyparzona Pudernica jedzie autem z dużym kwiatkiem.

Koronawirus. Jak przetrwać paranoję?

By | Blog, Przemyślnik | No Comments
Źródło: Pixabay

Wokół trąbią żeby unikać skupisk ludzi – wszyscy poszli tłumnie na zakupy. Ja rozumiem, że zapas srajtaśmy jest niezbędny, bo jak jeden kichnie, to 10 się zesra, ale wiosna za rogiem, liśćmi też można się podcierać.

Jedna mądra pani napisała, że jebać biedę i zostańcie wszyscy w domu. Zapomniała tylko, że nie każdy może pracować zdalnie i taka pani pielęgniarka, to raczej zdalnie niewiele zdziała, piekarz chleba też nie upiecze online. Oczywiście zgadzam się, że jeśli ktoś nie ma potrzeby wyłazić, niech siedzi. Jeśli ma możliwość pracy zdalnej, niech pracuje. Problem w tym, że ta pani pisała ludziom, żeby zdechli skoro nie są milionerami i muszą pracować stacjonarnie. Milusio <3

Druga pani zachęca żeby dziś iść do kina, bo jutro zamknięte. Bardzo rozważnie. Taki wirus zaczai się za kinem i pomyśli „a chuj, dziś robię wolne, niech se oglądają, nie zarażam”. Rozważnie.

Jedno duże, międzynarodowe korpo postanowiło, że może jednak ludzie u nich mogliby pracować zdalnie, bo i tak wszystko tłuką na kompach i wiszą na telefonach. Ale nie pykło, bo to międzynarodowe korpo nie wie jak to zrobić. Ach ta technika!

Szkoły, kina, teatry, wszystko zamknięte. Kościoły zwiększają liczbę mszy. Bo przecież w kościele wcale nie przebywają głównie osoby starsze, najbardziej narażone na zachorowanie. Rączka w wodę święconą, potem opłatek brudną ręką i jakoś to leci. A potem taka Pani Halinka cyk do Biedry, cyk do Grażynki na plotki, cyk już jest w Stokrotce i do domu. I pół miasta kaszle. Rozsądnie.

Odkąd pamiętam byłam prawie preppersem. Nie, że mam bunkier w ogródku i 200 kilogramów makaronu, ale robię zapasy od lat, co jakieś 3 tygodnie, żeby za często nie musieć ludzi oglądać. Poza tym od 8 lat pracuję zdalnie, więc lubię sięgnąć do szafki i zrobić obiad podczas przerwy w pracy. Kiedy te 8 lat temu mówiłam komuś, że pracuję z domu, to słyszałam, że taka praca, to nie praca. Za taką NiePracę zwiedziłam kilka państw, wyremontowałam dom i niczego mi nie brakuje (nawet makaronu).

Widzę co się dzieje w moim mieście. Kolejki przed aptekami, puste półki w sklepach, w bankomatach zaczyna brakować gotówki. Rychło w czas. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że swoim zachowaniem przyspieszają uderzenie kryzysu. Przypomnę tu sytuację z Cypru, 2013 rok, ludzie ewakuowali pieniądze z kont bankowych na ogromną skalę. Gotówki zabrakło. Zadłużenie banków, plus panika i klops. Przypomnę bankructwo Grecji. Rozmawiałam z Grekami osobiście, dalej wspominają czasy świetności państwa i narzekają na swoją obecną sytuację, mimo, że największy kryzys przechodzili lata temu. Polskie banki również są w kiepskiej kondycji, ale o tym nie mówi się głośno, choć jak zacznie się googlować, to włosy stają dęba. O kryzysie mówiło się od dawna, obecna sytuacja, a przede wszystkim panika ludzi może to znacznie przyspieszyć. A wtedy co? Zęby w ścianę. Nie bądźmy zależni od banków w miarę możliwości. Nie tak dawno upadł spory bank spółdzielczy na Podkarpaciu i zgodnie z literą prawa zabrali sobie kasę z kont klientów. Który bank będzie kolejny? Może właśnie Twój.

Człowiek rozsądny, lub świadomy (bo czasem i rozsądni nie są świadomi) jest dziś w miarę zabezpieczony. Ma jakieś żarcie na czarną godzinę, więc w tym momencie nie stoi w kolejce w Lidlu. Ma jakieś zasoby gotówki w domu, więc w tym momencie nie stoi w kolejce do bankomatu. Co sprytniejsi zabezpieczyli się jeszcze lepiej. Sama mam zabezpieczenie w kryptowalutach, kupiłam tokeny SelfMaker, które są niezależne od tradycyjnych giełd, które w tym momencie lecą na ryj. Dla zobrazowania sytuacji napiszę, że Solorz, tylko w ubiegłym tygodniu, stracił ponad 800 milionów złotych na giełdzie. Kumacie tę skalę? Sporo. Oczywiście rozumiem, że nie każdy odnajdzie się w inwestycjach, kryptowalutach, ale… może warto spróbować? Niektórzy w związku z zamknięciem szkół, czy przymusową pracą zdalną, mają teraz dodatkowy czas (choćby nie marnując go na dojazd do pracy), można usiąść i poczytać. A nuż zdobędziecie dodatkową wiedzę, a być może dodatkowe lub inne źródło dochodu. Jestem żywym przykładem, że się da.

Nie nakręcajmy tej paranoi, to nie prowadzi do niczego dobrego. Niemniej dobrze wiedzieć na czym stoimy. Warto przestrzegać higieny, unikać tłumów, wstrzymać się przed podróżami w miejsca zagrożone. Warto być człowiekiem świadomym, odpowiedzialnym i nie narażać siebie i innych na niepotrzebny stres. Serio nie jest teraz najważniejsze żeby zrobić sweet fotki w Tajlandii, czy ładować się w tłum w Biedrze, to głupota. Dziś wykupimy mąkę i ryż, jutro puste półki, żarcie kupowane na szybcika, niektórym się zmarnuje i wyrzucą. Za tydzień towar uzupełnią, zrobicie zakupy na spokojnie. Gorzej, jeśli przez kolejne dni, sklepy pozostaną bez klientów, towar zacznie się psuć, poleci popyt, poleci podaż, polecą zwolnienia. Jak nie będzie ich stać na ludzi, to „zatrudnią” maszyny, bo jaki sens dokładać do pracownika, kiedy automat wraz z serwisem to koszt 1500 złotych miesięcznie i ani grosza więcej? Czas pomyśleć o przebranżowieniu. To się dzieje teraz. Transport już ledwo kwiczy, biura podróży są na skraju, traci sektor rozrywkowy i tak dalej. System naczyń połączonych. Oczywiście są sektory, które zyskają. Pytanie, czy Wy jesteście z tym sektorem związani i nie straszne będą Wam podwyżki? Czy nie będą Wam straszne zwolnienia? Czy jesteście odpowiednio zabezpieczeni? Czy wiecie, czym jest dywersyfikacja? Ja ogarniam kilka prac, kilka inwestycji, jednocześnie zabezpieczam się od dawna na wielu frontach, inwestuję w polską technologię, automatyzację, bo wiem, że nie muszę być zależna od Chin, koronawirusa. Wiem, że z automatyzacji mogę czerpać zysk, a nie tracić jak większość społeczeństwa. I nie robię spontanicznych zakupów ryżu w dzikim tłumie 😉

Just chill i pomyślcie.

Tryptyk świąteczny. Albo sylwester.

By | Blog, Kocopoły | No Comments
źródło: Pixabay

Albo sylwester. Jak za komuny nie było tych fajerwerków i nagle przełom. Wszystko już było, bo komuny nie było. Za komuny było lepiej, ale fajerwerków nie było. Potem ten rozbryzg nowoczesności! Szliśmy na targ żeby kupić zimne ognie dla babki, bo ona się bała tego co huczy. Bo zaraz było o panie, jak we wojnę. Szczylajo, huczo, strach i pyk, chowała się do szafy. Zupełnie jak podczas burzy. Ta sama historia. Więc babce, to tylko zimne ognie. Groszowa sprawa. Ale na resztę ekwipunku, to stary przeznaczał kilka milionów. Z pół pensji. Bo sylwester jest raz w roku. Nie było żałowania. Nigdy na wódkę i rozrywkę. Mogło mleka nie być w lodówce, ale wódka dla gości zawsze była. I fajerwerki w sylwestra. Oczywiście po komunie, bo za komuny, to było lepiej, ale fajerwerków nie było.

Braliśmy od ruskich te największe. Takie, co jak jebnie, to u Mareckich na raz ocieli się jałówka. Żadnego ciągnięcia za kopyta, żadnego weteryniarza, jak jebniem, to aż się sąsiadowi dach podniesie. Niech wie, że nas stać. Bo stać. Najwyżej w styczniu będzie chleb z masłem, ale tego sąsiad nie będzie widział. Kilka kostek z najmocniejszymi pociskami, najdroższych, a za resztę jakieś popierdułki dla dzieciaków. Rakiety do wsadzenia w butelkę po Sowieckoje Igristoje. Braliśmy to wszystko na sanki i do domu.

Sylwester, jak to sylwester. Matka w miejsce pajęczyn, które zjedliśmy przed świętami, rozciągała serpentyny, które trzymała w pudełku po NRDowskim tosterze. Co roku te same. Zmieniane jak poprzednie już wyblakły. Potem od rana kręciła fochy i sałatkę sylwestrową. Taką samą jak świąteczną, tylko na sylwestra. Warzywną. Co chwilę krzyczała do wszystkich, że daj to, daj tamto, że ona pierdoli takie świętowanie i ją nogi w dupie bolą, i będzie wyglądać jak kocmołuch, bo z niczym nie zdąży. Ojciec zawsze umiał udawać zajętego. A to światełka naprawia, bo coś na choince nie łączy, a to pilnie musi iść do garażu, a to coś znowu. Nam pozostało słuchać pośpiechu matki. A jej pośpiech był wyjątkowo głośny. Koniec końców i tak przed 18 stół uginał się od jedzenia. Stary po wizytach w garażu chodził jakiś weselszy, choć twierdził, że wino jeszcze się nie wyklarowało i będzie na wiosnę. Babka jak zwykle milczała, a zimne ognie spadały jej na dywan wytapiając mityczne znaki. My siedzieliśmy w kącie i czekaliśmy na pierdolnięcie.

Impreza. Koleżanka matki w dziesięcioletnich cekinach, co roku zadawała szyku, a matka do Wielkanocy kurwiała wymiatając te świecidełka ze wszystkich kątów. Mąż koleżanki, Tadziu, kolega starego, przychodził jakby ze starym w jednym garażu kontrolowali niedoszłe wino. Zaczynała się biesiada. Kiedyś przy magnetofonie szpulowym, w rytm szlagierów muzyki biesiadnej. Teraz, nowocześnie. Disco polo z telewizora przeplatane najnowszą częścią filmu o Rambo. Stary już ryj czerwony. Bo Rambo to siamto, on ma lepszy sierpowy i demonstruje z Tadziem muskulaturę zaginioną na początku lat 80-tych. Tadzio polewa. Matka już zrzuciła lisy, bo jakoś ciepło się zrobiło. Lis jakby był trochę nowszy, to by ożył i spierdalał widząc ten zew wolności, powiew zachodu, te czasy bez ̶k̶u̶l̶t̶u̶r̶y̶ komuny. Impreza się rozkręca. Są tańce. My dalej w kącie czekamy na pierdolnięcie. Babka po cichu. Tadziu pierdolnął na plecy. Nie na takie pierdolnięcie czekamy. Za chwilę północ. Tadziu gęba w sałatce sylwestrowej. Cekiny walają się już nawet w kiblu. Matka podeptała lisa. Stary leje w palmę babki stojącą w rogu dużego pokoju. Babka wypaliła już całą historię obcej cywilizacji na dywanie. Odliczanie razem z zegarem w telewizyjnym studiu.

Lecimy na dwór. Na pole. Na zewnątrz. Igristoje stawia opór. Sąsiedzi też wypełzli. Północ! Polewamy się szampanem, choć w Zakopanem nikt z nas nigdy nie był. Stary leży w śniegu. Próbuje odpalić największą, najdroższą kostkę. Jakoś się udało. Jebło! Z domu słychać jak babka chowa się do szafy. Pierdolnięcie takie, że kury w kurniku drążki obesrały. Jeden kot już siedzi na drzewie i drze mordę. Drugi schował się w szopie. Psy wyją na całą wieś. Jak zabawa, to zabawa! Tadziu odpala kolejne atomy! Kury aż rozrywa w tym kurniku. Sraka i radość w całej wsi! Babka drze się z szafy. Kury pękły, szampan pękł, dzieciarnia dostała pustą flaszkę na rakiety. Wkładamy, odpalamy, trajektoria lotu widocznie zaburzona. Pierwsza z rakiet łupnęła w szopę. Kot z palącym ogonem! To dopiero sylwester! Tak żeśmy się śmieli, że zapomnieliśmy o reszcie rakiet. A kot, jak nienormalny! Z tym ogonem do stodoły Mareckich. Jak się słoma nie zajmie! Jak nie pierdolnie! Jak dachu nie podniesie! Co to się działo!

To był dopiero sylwester! Straż pożarna do 8 rano dogaszała zgliszcza! Kiedyś ludzie umieli się bawić!

Tryptyk świąteczny. Albo święta.

By | Blog, Kocopoły | No Comments
źródło: Pixabay

Albo święta. Choinkę to się jeszcze we wrześniu podczas grzybobrania wybierało. Stary smardze zbierał, choć kusiły go sromotniki dla babki. Zazwyczaj padało na średniej wielkości drzewko, takie na skraju lasu, żeby szybko do chałupy czmychnąć. Przed samymi świętami siekierka za pazuchę, sanki i w drogę pod osłoną nocy. Nie raz, nie dwa, leśniczy psem poszczuł, ale zawsze choinka w domu była. Pachniała jak trofeum, darmowa, z lasów państwowych, jak trza. Czasami tylko trzeba było krążyć po polu żeby ślady na śniegu prosto do nas nie prowadziły. Choinkę ubierało się aż w wigilię, a nie jak teraz razem z pierwszym płomieniem znicza na cmentarzu.

Tydzień wcześniej atmosfera świąt wisiała w powietrzu tak gęsto, że kroiliśmy ją nożem i próbowaliśmy masłem smarować. Za każdym razem jak zbliżaliśmy do ust kromkę tej atmosfery, to matka zza ściany krzyczała, że zostawcie, to kurwa na święta. Chodziliśmy głodni i napawaliśmy się zapachem kiszonej kapusty, która wierciła w nozdrzach prawie jak suszone sromotniki dla babki. Więc jednak stary miał we wrześniu zapasowe wiaderko na osobne zbiory. Stara to całkiem była odjechana na punkcie idealnych świąt. Raz do roku wielkie sprzątanie. Z kuchennych szafek aż wióry leciały, szorowanie, przestawianie. Ta zastawa, co starzy na ślub dostali, corocznie zmieniała swoje miejsce o 3 milimetry, chociaż od 20 lat nikt z niej jeszcze nie zdążył zasmakować jedzenia. Matka tarła szmatą każdy kwiatek na talerzu, tą samą szmatą, co chwilę wcześniej zbierała pajęczyny po kątach. Jak ktoś miał czelność zwrócić uwagę, to skakała z mordą, że chuja się znamy i penicylina, i to dlatego jeszcze nie umarliśmy, chociaż stary nie raz wiaderka z kampanii wrześniowej pomylił. Potem te kryształy w pokoju tarła, że aż się gładkie robiły, a my czyściliśmy starymi majtkami kamionkowe rybki, co stały na telewizorze. Raz w roku to i pościel wypadało uprać. Schło to na sznurkach, w tym mrozie, na kość i potem spaliśmy w tych kościach aż odtajało. Jak ktoś protestował, to matka kazała żryć pajęczyny, bo penicylina, i tylko dzięki temu żyjemy i dlatego częściej to niezdrowo sprzątać.

Żarliśmy te pajęczyny, bo reszta to była na święta i nie rusz kurwa, bo 12 potraw musi być. Babka, to z roku na rok coraz mniej mówiła na to co się odpierdala, a stary tylko się cieszył i do pieca dokładał żeby grzyby szybciej schły. Babka w ogóle mało mówiła. Dziadek dużo gadał. Pamiętam go wyśmienicie. Opowiadał, że tradycja ginie. To stary zgodnie z tradycją wystawił go na mróz, bo taka kiedyś była tradycja, że starych, schorowanych, wystawiało się za próg, żeby nie było nieroba do karmienia. To dostał tradycję. Babka z tradycji, to tylko bigos dostawała co roku, taki specjalny. Z grzybkami z kampanii wrześniowej. I milkła nie wiedzieć czemu, ale o tradycji nie pierdoliła głupot. W domu ten okres przedświąteczny był spokojny. Matka nie spała, tylko z tą szmatą w prawo i w lewo jakby szatan w nią wstąpił. Stary tylko przy piecu grzybów pilnował. A my jedliśmy pajęczyny, bo za smarowanie atmosfery masłem matka zaraz ryja piłowała. Czujna jak czajka na łące. A babka milczała zgodnie z tradycją.

I w końcu te święta. Pajęczyn już nie było, bośmy wszystkie z głodu wyjedli. Dom lśnił. Szmata matki leżała przy progu żeby było czym kolędników przegonić. 12 potraw na stole. Bigos dla nas. Bigos dla babki. Opłatek. Opłatek się liczy? Stary mówi, że potrawa jest potrawa i chuj, i że się liczy, bo czemu by nie. Zaraz, jak już się ojciec o opłatek wykłócił, to wyciągał resztę swoich potraw. Nalewka dla matki i ciotki. Bimber dla siebie i wuja Ryśka. Na zakąskę spirytus, wino swojskie, wódka żytnia i podpiwek. Już 9 potraw. Placek z makiem dziesiąty i dwa rodzaje śledzi. Tradycja jest. 12 potraw jest.

Przychodziła zawsze taka ciotka do nas. Od progu się witała, jeszcze futra z nutrii nie zdjęła, a już trzy razy nas wycałowała. Zawsze trzy razy, zgodnie ze staropolską tradycją. Wuj Rysiek też zawsze wycałował i żartem sypnął takim, że grzyby i bez pieca schły. I się zaczynało. Że jedz, jedz, bo się zmarnuje, a po pomarańcze to ciocia 5 godzin stała, a dokładeczkę może, a teraz na drugą nóżkę, a może barszczyku, a nie barszczyku nie ma, to może bimberku poleję, no to chlup. Aleś wyrósł, a masz Ty jaką dziewczynę? A może chociaż chłopaka hłe hłe, wuj jak zawsze w formie, szkoda tylko, że ciotce formy nie zalał i sąsiad musiał pomagać. I już z ryjem wuj, że jak śmiesz gówniarzu, że dzieci i ryby głosu nie mają, że jak tak, to my się powoli zbieramy, że nic tu po nas. Stary kolejną flaszką zawsze sytuację wyratował. A potem odwieczne pytanie, że kto idzie na pasterkę, bo raz w roku trzeba się w kościele pokazać. Najebana, ale dama, ciotka pierwsza hyc do nutrii i już w gotowości.

Do kościoła, po skrzypiącym śniegu, można było iść kierując się zapachem oparów z żytniej. Otwierając drzwi do świątyni można było się najebać jednym wdechem. Jak już przekroczyło się zarzygany próg jakoś szło. Ksiądz sztywny, za to organista rozluźniony. Nie raz, nie dwa z chóru się po schodach stoczył. Co roku ta sama śpiewka. W tym roku, to i pasterka mu nie była potrzebna, jak na ślubie u Juścickiego zaśpiewał „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”, to proboszcz chciał go wywalić, ale Juścicki jeszcze podziękował za ostrzeżenie. Ślubu nie było, ale impreza udana. Pół wsi sztywniutko. I tak stoimy w tym kościele. Zimno jak jasny chuj. Od środka grzeje. W koło takie opary, że jak ksiądz odpalił kadzidło, to na pół wsi pierdolnęło. I pasterka i Sylwester w jednym. Psy na wsi – zawał. Karpie się potopiły. Krowy przestały się nieść, a kury zaczęły doić się octem. I tak było. Takie to były święta. Nie to co teraz…