Kategoria: Bjuti Pudi

  • Everybody pomarańcze- perfekcyjny zestaw na zimę :)

    Everybody pomarańcze- perfekcyjny zestaw na zimę 🙂

    Ha! Doczołgałam się do lapka! Czym Wam pachną święta? Wędzonym boczkiem, smażoną rybą, a może choinkowymi igłami? A dupa tam- pomarańczami. Ja, dziecko komunizmu, pomarańcze kojarzę z grudniowymi świętami. Zresztą, nowe dzieci tez chyba tak kojarzą, bo to w zimowym okresie, w marketach, mamy cytrusowy wysyp. Najlepsze kasztany są na placu Pigalle, a najlepsze pomarańcze, to te prosto z drzewa. Te to dopiero smakują obłędnie! Ciężko jednak wyhodować sobie takiego krzaka w naszym ogródku, chociaż pogoda ostatnio zaskakuje i kto wie…może za kilka lat 😉 A jak wprowadzić się w pomarańczowy stan jeszcze mocniej? Kosmetyki!
    Taki zestaw towarzyszy mi od kilku tygodni. Troszkę już wyduszony i wymęczony, ale absolutnie niesamowity. Olejek od Optima Plus, balsam od Eveline i krem do rąk od The Secret Soap Store. Pomarańcze z Lidla, bo nie było kiedy polecieć na Sycylię 😉 Wszystkie 3 produkty, z pomarańczami 4, pachną soczyście i pięknie, i przytargałam je ze spotkania blogerek. Aromat balsamu i kremu na długo pozostaje na skórze i towarzyszy nam przez cały dzień. Olejek natomiast to świetne uzupełnienie- dom w tej samej nucie zapachowej. Balsam przełamany jest imbirowym obłoczkiem, świetny pomysł, zima pełną gębą.
    Zacznijmy od kremu. Jest świetny. Nawilża i wygładza dłonie bardzo dobrze, nawet po przedświątecznych porządkach i szorowaniu kibla chlorem 😉 Bardzo gęsta konsystencja, niewielka ilość wystarcza na dłonie. Nadaje się też do stóp, pielęgnacja na najwyższym poziomie. Mógłby się szybciej wchłaniać, ale niestety- coś za coś. Wolniejsze wchłanianie i świetne nawilżenie, to sprawka 20% masła shea w składzie. Zapach jak wspomniałam, powala- soczyste pomarańcze.  Cena niestety troszkę mnie wcina w fotel- 38,90 za 80 mililitrów. Firma dobra, skład dobry, ale 4 dychy za krem do rąk, trochę mnie zniechęca. Jeśli miałabym się czegoś jeszcze czepiać, to zakrętka jest za mała i spierdala mi po pokoju. Łapy śliskie po kremowaniu, a tu taka pchełka mała. Poza tym opakowanie fajowe. Mogliby zrobić  promo na chociaż 29 zeta, to kupiłabym drugi 😉 A tak, no to może kiedyś się skuszę, bo krem świetny, ale portfel jęczy.
    Balsam od Evelinki. Na prowadzenie wysuwa się ostry imbir, pomarańcze troszkę w tle, ale po chwili, obie nuty zapachowe mieszają się na skórze i tworzą świetny duet. Konsystencja typowo balsamowa. Wchłanianie szybkie, nawilżenie bardzo dobre. Osobiście nie wierzę w ujędrnienie po balsamie,zresztą jeszcze jestem jędrna, ale…szok! Rzeczywiście, skóra po pewnym czasie staje się bardziej napięta i chyba ta struktura skóry faktycznie się wyrównuje. Czyli to nie jest ściema. Jestem pozytywnie zaskoczona tym produktem i zdecydowanie kupię kolejną tubkę. Cena balsamu nie jest wygórowana, koszt to około 15 złotych, więc myślę, że każdy może sobie na niego pozwolić. Wydajność taka normalna, znika jak każdy inny balsam. Kosmetyki Eveline są dostępne w wielu miejscach, dlatego i z tym problemu nie będzie. Absolutnie polecam.
    Naturalny olejek eteryczny, pomarańczowy, to taka moja kropka nad i. Mam porównanie z pomarańczą od Mokosh (Klik) i oba pachną tak samo pięknie. 10 ml wystarcza na bardzooo długo. Odnoszę wrażenie, że Mokosh dłużej unosił się w powietrzu, ale nie czepiam się, bo olejek od Optimy kosztuje tylko 9,90, a teraz w promocji- 7,50! I ta cena do mnie przemawia. Testuję namiętnie olejek gdzie i jak się tylko da. Aromatyzuję sobie nim dom, dodając do kominka zapachowego. Nakrapiam nim wodę w wannie, a potem chłonę. Uwierzcie, że nie ma nic lepszego iż wanna pełna wody, piany i kilku kropelek pomarańczowych soków.
    I takie to moje cytrusowe grudninki. Uwielbiam otaczać się takimi zimowymi zapachami, kiedy temperatura spada (powiedzmy, że spada, jeśli spojrzymy na sierpień, kiedy było 40 na plusie 😉 ). A Wy czym dziś pachniecie?
    A co do piosenki, to znalazłam tylko Mandarynę, divę wszech czasów 😀
  • Dziś zrobimy to po francusku!

    Dziś zrobimy to po francusku!

    Jest taki jeden gość, stały bywalec memów. Dla niego nie ma różnicy czy walnie pół litra, litr, czy pięć litrów.  Im więcej tym lepiej. Olek się nie cacka. I ja też się nie cackam. U mnie każda ilość wynalazku idzie jak woda. Codziennie muszę sobie zaaplikować, bo inaczej nie jestem sobą. Nie wyobrażam sobie życia bez codziennego rytuału. To dla mnie jak mycie zębów! No nie ma opcji, żeby choć raz pominąć taką przyjemność! Robiono to już w starożytności, z tym, że wtedy wysysali mózg nosem za pomocą słomki. Balsamowanie zwłok.
    Kiedy na Fejsie Mydlarnia marsylskie.pl szukała chętnych blogerek do testów mleczka, zgłosiłam się na ochotnika. U mnie wszelkie mazidła są w ciągłym użyciu. Szczególnie upodobałam sobie aromatyczne mieszanki- owocowe, kwiatowe, czasami dziwaczne, jak na przykład słodkie ciasteczka. Wybrałam Violette, w końcu to moja imienniczka, a zapach fiołków lubię. I tak mleczko trafiło pod strzechę mojej willi. Rozpoczęłam testy, bardzo przyjemne zresztą i odpłynęłam w cudnych aromatach. Dokładnie 3 dni temu zdenkowałam flaszkę, więc dziś czas na podsumowanie.
    Le Chatelard, Mleczko do ciała fiołek. Butla 300 ml, poręczna z pompką. Lubię takie rozwiązanie i jednocześnie nie lubię. Póki mamy dużo produktu, jest super, ale końcówkę trzeba już wytelepać, a na koniec opakowanie rozciąć, o ile chcemy wykorzystać mleczko do cna. Ja tak robię. Szata graficzna prosta. Często spotykany zabieg przy kosmetykach eko. Producent przykłada dużą wagę do eko rozwiązań na każdym etapie produkcji. Mleczko jak to mleczko- nie za gęste, ale z ręki nie ucieka. Ładnie się rozsmarowuje i szybko wchłania pozostawiając piękny zapach fiołków. Nie jest to aromat mdły. Fiołki nie duszą nas przy aplikacji i nie rzucają nas na płytki w łazience podduszając. Mleczko pachnie identycznie jak fiołkowa polana skąpana w gorącym słońcu. Miałam taką polanę przy rodzinnym domu, więc jest to jak najbardziej miłe skojarzenie. Zapach utrzymuje się dość długo na skórze, chociaż mógłby dłużej, ale jest ok. Wydajność całkiem dobra- 300 ml wystarczyło mi na dobry miesiąc.
    Skład dosyć przyjemny, chociaż na przykład takie masło shea, wolałabym jednak przed zapachem. Tym bardziej jeśli spojrzymy na cenę. Koszt mleczka w sklepie marsylskie.pl to 41 złotych KLIK. Dużo i niedużo, zależy jak na to spojrzeć. Niby 40 złotych to nie majątek, ale u mnie mazidła, jak wspomniałam, idą jak woda, więc w skali roku 40×12 (12, bo mleczko wystarcza mi na około miesiąc), to już jednak jest parę złotych. Lotion sam w sobie jest dobry, ładnie nawilża, pachnie, przynosi ukojenie skórze. Ale czy zdecyduję się na jego zakup? Powiem uczciwie. Raz na jakiś czas jestem skłonna do zakupu, ale raczej regularnie nie będę kupować. Chętnie spróbuję wersji różanej za jakiś czas. Jest jeszcze trzeci wariant zapachowy- shea. Ale masło shea kupuję czyste, więc tej opcji raczej nie wybiorę 😉
    Podsumowując- mleczko dobre, aromatyczne, spełnia swoje zadanie. Ma małe minusiki, ale prawie każdy kosmetyk jakieś posiada. W tej cenie wolałabym jednak żeby było jeszcze lepiej. Myślę, że moja szczera opinia, przybliży Wam troszkę te nowe mazidła. A może już je znacie? Lubicie kiedy Wasza skóra pachnie czymś konkretnym? Jakie aromaty wybieracie zazwyczaj?
  • Kosmetyk na wszystkie bolączki- Thermal Teide Gel Aloe Vera

    Kosmetyk na wszystkie bolączki- Thermal Teide Gel Aloe Vera

    Własnie zdenkowałam jeden z cudnych kosmetyków, który przytachałam z Fuerty. Żel aloesowy. Uwielbiam ten kosmetyk, a Fuerteventura to kolebka aloesowych czarów. Jeśli kiedykolwiek się tam wybierzecie, polecam zaopatrzyć się w aloesowe maziaje.
    Kiedyś już miałam taki żel od Safiry, pisałam o nim tutaj- KLIK. Safirowy żel sprawdzał się u mnie, ale odkąd poznałam tajemnicę kosmetyków aloesowych, to jakoś niechętnie na niego patrzę. Kurwa, większość tych żeli dostępnych u nas, można sobie w dupę wsadzić i taka jest prawda. Dlaczego? A no dlatego, że jeśli jakiś żel aloesowy ma w swoim składzie wodę (aqua) to z wydzieliną aloesową ma mało wspólnego. Przy okazji wakacyjnych zakupów ucięłam sobie pogawędkę z Panią Hipiską (tak, najprawdziwsza Hipi!), która zajmuje się tymi roślinkami, ma farmę aloesu i produkuje kosmetyki naturalne. Pani powiedziała mi, że jeśli w składzie żelu mamy wodę, to znaczy, że do kosmetyku użyto proszku aloesowego, a nie żywej galaretki z liści. Woda ma za zadanie rozpuścić proszek. Logiczne, że jeśli użyjemy miąższu, to woda nie będzie potrzebna, bo wnętrze aloesowego serca to prawie sama woda. Taki banał, a nikt nie zwrócił na to nigdy uwagi. Przewertowałam milion blogów i każdy na tapetę bierze skład, dodatki, alkohol, a woda olana. Niby zwykła woda, ale jednak ma znaczenie. A proszek? Z czego jest proszek? A no z resztek- łodyg, skrawków liści. Resztki drogie Czytelniki, resztki w nas pchają! Kupując żel aloesowy pamiętajcie- nie może mieć w składzie wody!

     

    Thermal Teide Gel Aloe Vera 100%  czysty aloes, 250 ml.
    Żel kupiłam w popularnym, hiszpańskim markecie Dino (od Hipiski kupiłam inne kosmetyki;) ), za 7 euro. Tutaj znalazłam go na stronce w cenie 12 euro- KLIK. Na stronie macie opis, ale pewnie nie zechce się nikomu tego wrzucać w translator, no chyba, że znacie hiszpański. Tak na skróty, to jest to żel ze sprawdzonych kanaryjskich upraw, produkt naturalny. Nadaje się do wszelkich skórnych potrzeb- nawilża, odżywia, łagodzi skutki opalania i golenia. Sprawdza się przy skórze problematycznej, łuszczycowej, przesuszonej, wrażliwej, trądzikowej, podrażnionej, rozjaśnia rozstępy. Zawiera aminokwasy, polisacharydy, witaminy, minerały, enzymy, triglicerydy, sterole i kleje. Żel nadaje się dla dzieci, dorosłych i zwierząt. Pomaga przy uszkodzonym naskórku, po ugryzieniu owadów, pomaga pozbyć się łupieżu i odparzeń, na przykład pieluszkowych. Można pisać i pisać, a w skrócie- jest zajebisty.
    Żel stosowałam z powodzeniem podczas wakacji, świetnie chłodził i koił moje spalone cycki i nogi, i ręki i brzuchy i generalnie wszystko łącznie z ryjem. Tak mnie pochłonęło, że porzuciłam krem na rzecz tego żelu i tu także sprawdzał się super. Mało tego- skóra stała się gładsza i bardziej promienna. Mniej zaskórników, mniej podrażnień, nawilżenie na najwyższym poziomie. Cudo. Kosmetyk dodawałam do maseczek do włosów, a moje włosy aloes uwielbiają, więc i tutaj nawilżenie na najwyższym poziomie. Zanim naolejowałam włosy, smarowałam odrobiną żelu, tu także sprostał zadaniu i podbił działanie oleju. Faktycznie po goleniu łagodzi podrażnioną, swędzącą skórę. Komary nie straszne- kosmetyk błyskawicznie chłodzi i nic nie piecze, nic nie wkurwia. Żel najlepiej przechowywać w chłodnym miejscu, można w lodówce. Jest gęsty i pachnie, jak określił mój Niemąż- rośliną. Zapach zielepachy jest neutralny i szybko się ulatnia.
    Macie jeszcze zuma na skład. Nie ma wody, nie ma alkohol denat, wyśmienicie! Oczywiście znajdziemy tu też konserwanty, ale jak doczytałam się na stronkach z tym kosmetykiem, konserwanty dodane w minimalnych ilościach, tak, żeby żel nam nie skisł. Jest jeszcze składnik żelujący, poza tym same dobre rzeczy. Ale skład składem, a najważniejsze, że kosmetyk sprawdza się wyśmienicie. Żałuję, że nie kupiłam dwóch. Na szczęście mam jeszcze kilka aloesowych cudeniek 🙂
    Wiem, że dostępność, akurat tego konkretnego produktu nie jest rewelacyjna, ale może akurat komuś przyda się ta recenzja. A osobom, które mają zamiar kupić jakikolwiek inny żel aloesowy, przyda się informacja o wodzie i alkoholu, w tego typu kosmetykach. Jeśli ktoś wybiera się na Kanary, to może mi kupić taką zacną flaszeczkę 😉 A jak tam u Was? Znacie takie żele? Używacie? Polecacie jakieś konkretne?
  • Wara od miodu, wary w miód

    Wara od miodu, wary w miód

    Dziubek, duck face, podkówka, wary- obcią…dobra nie kończę 😉 Gromada minek i masa określeń na nasze słodkie usteczka. Ciągle gonimy za nowymi pomadkami- teraz w modzie ciemne, najlepiej matowe odcienie. Ciągle czymś smarujemy, coś nakładamy. Zima czai się za rogiem, jak złodziej w tramwaju. Nigdy nie jechałam tramwajem. Te wszystkie maty na ustach, zimny wiatr i skubanie ustników pod wpływem stresu i mamy co mamy- usta stają się suche, spierzchnięte i już żadna pomadka nie wygląda dobrze…Suche skórki wiszą smętnie, jak stare majtki na płocie. Ratunkuuuu!!!
    Avon, Naturals, Essential Balm with Beeswax, Uniwersalny balsam z woskiem pszczelim.
    Ja wiem… Avon. Większość osób go nienawidzi. W sumie to nie wiem czemu. Owszem mają buble, ale mają i perełki. Wiem co piszę, bo z firmą mam do czynienia od stu lat. Jeszcze na początku lat 90 ciotka była konsultantką. Wtedy można było zbić na tym niezłe chajsy, serio! Potem gdzieś w gimnazjum sama zostałam konsultantką i byłam nią przez całą szkołę. Później zabrakło czasu na zabawę w katalogi, ale te Avonowe pieniążki sprawiały, że kasy od Mamy nie brałam, umiałam zarobić na wyjście na dyskotekę, czy jakieś ciuszki. Dzięki dostępowi do Avonowych kosmetyków mam całkiem dobre rozpoznanie w ofercie, chociaż teraz rzadko coś zamawiam, ale wiem co w trawie piszczy. Ach! Kiedyś nawet zaliczałam szkolenia- fajnie było 😉
    Ale wróćmy do Miodku. Miodek- tak nazywam ten balsamik. Niby kosztuje coś koło 17 złotych, ale ja go zawsze kupuję na promo- wtedy jest po 8-10 złotych. Nie ma sensu przepłacać. 15 mililitrów to niby niewiele, ale wystarcza na jakieś pół roku, nawet trochę więcej. Słoiczek jest poręczny, tylko przy końcówce ciężko w nim gmerać. No i takie opakowanie nie jest zbyt higieniczne, szkoda, ale chyba inaczej się nie da tego upchnąć. No, bo jak? Może jakaś tuba, ale na to jest za gęsty, a na sztyft za miękki. I dupa. Musi być słoik.
    Pomijam już kartonik, akurat znalazłam cudem w szafce, nie wiem jak się uchował, bo normalnie wywalam od ręki. Skład niby taki o, żadnego wow. Taki tam standard. Miodek jest zbity i szybko rozpływa się w kontakcie ze skórą. Ma słodki, delikatny zapach, bardzo go lubię. Można używać na wszystkie suchary. Oprócz tych od Strasburgera, bo jeszcze coś pierdolnie. Osobiście walę na wary. Jak mam katar- smaruję okolice nosa. Zdarzyło mi się smarować nos, jak go sobie przypaliłam w Grecji. Zawsze się sprawdza! Zimą używam go przed wyjściem, jeśli akurat nie nakładam kolorowej pomadki. Miodek ratuje usta po szminkach, które powodują przesuszenie. Smaruję nim ustniki przed snem i rano są super miękkie i nawilżone. Jeśli chodzi o jego działanie, to nie ma sobie równych. I wierzcie mi- przerzuciłam stosy pomadek ochronnych- Nivea, Carmex, słynna pomadka z cukrem od Sylveco i tak dalej- one wszystkie się chowają przy Miodku! Z ręką na sercu! Zużyłam już kilka opakowań, kupuje go od kiedy pojawił się w katalogu, czyli kilka ładnych lat i będę go kupować, póki będzie w sprzedaży. Nawet mój Niemąż czasem podbiera Miodek, więc nich to będzie najlepszą rekomendacją, bo jak facet mówi, że coś jest dobre, no to tak musi być 😉
    A Wy czym zabezpieczacie swoje dzioby przed wiatrem, zimnem i po całowaniu na wietrze? 😉
  • Smaki radości, czyli najlepsze masła do ciała na świecie

    Smaki radości, czyli najlepsze masła do ciała na świecie

    Czasami o wyborze kosmetyków decyduje ich skład. Czasami decyduje reklama. Czasami to blogerki zachwalają produkt i “musimy” go mieć. Czasami kupujemy pod wpływem impulsu, przypadkiem. Czasami podoba nam się opakowanie. Oczywiście wszystko zależy też od rodzaju kosmetyku, jaki mamy zamiar kupić. A co decyduje za mnie, kiedy kupuję balsam, masło czy inne mazidło do ciała? Nos!
    Farmona, Masło do ciała, Tutti Frutti. Kiwi i Karambola. Papaja i Tamarillo. Gruszka i Żurawina.
    Moja skóra nie jest jakaś mocno wymagająca. Zimą jest troszkę bardziej sucha niż w inne pory roku. Czasem, w porywach lenistwa, ogolę nogi zwykłą maszynką i łydki potrafią zaswędzieć. Poza tym -moja skóra jest normalna, a nie popierdolona jak właściciel. Mazideł używam odkąd pamiętam. Nie wyobrażam sobie nie użyć czegoś po kąpieli. I tak chyba gdzieś od podstawówki. Lubię i nie zapominam. Dla mnie balsam to jak mycie zębów- bez niego nie da się żyć.
    Frutki to moje ulubione masełka od…od kiedy pamiętam. Już chyba z 3 raz zmieniają się opakowania, a ja zawsze mam chociaż jeden słoiczek w łazience. Aktualnie mam te trzy smaki. Wszystkie trzy otwarte i używane na zmianę, w zależności od tego, na który smak mam ochotę. Specjalnie pisze o smakach, nie zapachach, bo kto miał Frutkę w domu, ten wie, że po otwarciu słoiczka chce się je zjeść. Mój ulubiony smak to ciągle Wiśnia i porzeczka, czyli babciny kompot na skórze. Ale mam dla kompotu świetnego konkurenta! Zaraz Wam powiem które masełko mnie urzekło.
    Zacznijmy od tego, że wszystkie Frutki świetnie nawilżają, maja zbitą konsystencje, poręczne słoiczki, są wydajne, niedrogie (około 10 złotych). Ale najlepsze jest to, że pachną obłędnie, a zapach utrzymuje się do kolejnej kąpieli- nie wiem co to za czary, ale ja je kocham.
    Kiwi i Karambola- lubię go najmniej z mojej trójcy. Nie jest zły, ale nie do końca trafia w mój nos. Jak to się u mnie mówiło- pachnie zielepachą, taka surowizną i to są najlepsze określenia. Czuć te zielone, kwaskowate owoce. Świeży, ale taki…czegoś mu brakuje 😉 Nie mniej czasem mnie najdzie i się nim wysmaruję. Latem nawet ok. Teraz jakoś nie do końca mi podchodzi.
    Papaja i Tamarillo- tutaj już jest lepiej. Zapach kojarzy mi się z jakimś syropem z dzieciństwa. Ale nie z jakimś złym, nie, nie! Pięknie pachnie! Cytrusowo, jakieś pomarańczowe naleciałości, ale to nie do końca to. Podejrzewam, że tamarillo pachnie tak intrygująco, ale nie mam pewności, bo nie znam tego owoca w pierwotnej postaci. W każdym razie zapach jest cytrusowo- słodki. Uwielbiam!
    Gruszka i Żurawina- i tutaj mamy mój hit! Obłęd! Gruszka jest tak intensywnie cudowna i soczysta, że skóra sama złazi mi z piszczeli i włazi do słoiczka! Słodkawo- kwaskowata żurawina podbija całość i autentycznie masło chce się zjeść. Jestem zakochana, mój numer jeden na podium. Oczywiście jest to równorzędne, pierwsze miejsce z Porzeczką i Wiśnią:)
    Moja wieża zapachów powoli się kończy. Teraz kupię sobie Karmel i Cynamon. Zawsze kupuje ten smak, kiedy robi się chłodniej. Jest słodki, ale nie mdły. Uwielbiam zimowy cynamon na mojej skórze. A Wy jakie smaki wybieracie najczęściej? Chyba znacie Frutki, prawda?
    Na koniec przypominam Wam jeszcze o trwającym konkursie, gdzie możecie wygrać dowolnie wybrane perfumy- KLIK i KLIK.
  • Emocje, energia i nutka seksu

    Emocje, energia i nutka seksu

    Słodkie owoce i drzewny akcent, a może mocna słodycz z domieszką szaleństwa? Może jednak wolicie ostro i z przytupem? O gustach się nie dyskutuje. Każdy ma ten “swój” zapach, który do niego pasuje. A co jeśli do zapachu dorzucimy feromony? A może wolicie dodać odrobinę nanosrebra? Wszyscy lubimy ładnie pachnieć, a perfumy to podkreślenie całości. Kropka nad i. Idealne dopełnienie dla ciuszków, makijażu, dodatków. Bez perfum czegoś nam brakuje… Żeby niczego Wam nie brakowało- dziś pachnący post!
    źródło-Cobest
    Tyle Wam już pisałam o glinkach od Cobest, a przecież do testów dostałam też perfumy! I pachnię się nimi już od sierpnia! Hurrrra- w końcu nie śmierdzę obornikiem 😉 Pachnię się nimi i pachnę wybornie! No dobra myję się też regularnie, już nie ściemniajmy, przecież każdy się w soboty myje , no nie? A tak serio to chcę Wam przedstawić perfumki od Cobestu. Zacznę od wrzucenia kilku podstawowych informacji, bo wiecie, że nie lubię przepisywać. Klikajcie i powiększajcie z tego wszyscy, bowiem na miniaturce nie wszystko oczy widzą.

     

    źródło-Cobest

     

    W kilku słowach- mamy w ofercie zapachy damskie i męskie. Dodatkowo wszystkie perfumy dzielą się na klasyczne, z feromonami, z nanozłotem i z nanosrebrem. Do wyboru do koloru. Wszystkie zapachy są wysoko zaperfumowane, jest to aż 22%. Są to perfumy, a nie wody perfumowane, czy toaletowe. Trzeba na to zwrócić uwagę, bo sama nacięłam się nie raz na coś, co miało być perfumami, a okazywało się, że zaperfumowienie było tak niskie, że nie były to perfumy. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwymi perfumami! Czyli w praktyce- zapach jest trwalszy i intensywniejszy. No i oto chodzi! Miłą niespodzianką są ceny! Akurat od minionego weekendu , możecie kupić perfumy w niższych cenach niż dotychczas. Wrzucę Wam cennik, bo wydaje mi się to bardzo istotne 🙂
    żródło-Cobest
    Czyli podsumowując- prawdziwe perfumy, z francuskich komponentów na naszej ziemi, tej ziemi. Ceny przystępne. Ale co jest najważniejsze? Zapachy oczywiście! Bo opisy w sklepie opisami, ale pewnie chcecie wiedzieć co ja o nich myślę?
    U góry 6 zapachów damskich, poniżej 2 męskie. Otrzymałam takie fajne perfumetki, które sprawdzają się także w trasie. Do torebki idealne. I zdradzę Wam sekret- być może wkrótce także będziecie mogli kupić takie małe wersje, poinformuję Was kiedy będzie taka możliwość. A teraz dopuszczam do głosu mój nos. Lecimy po kolei.

    Zapachy kobiece

    Stella- pierwsze co czuję to piżmo. Perfumy intensywne, raczej cięższe. Sprawdzą się w chłodniejsze dni lub na wyjście wieczorem. Kwaskowata pomarańcza ładnie przebija się dodając lekkości. Bardzo wyrazisty zapach. Nazwałabym je- Wieczorne tango. Dlaczego? Bo taki zapach rozsiewa za sobą kobieta zdecydowana, świadoma siebie.
    Kaoru– granat i piwonia, słowa klucze. Rześki aromat zapadający w pamięć. Piwonia nadaje subtelności, przez takie wprowadzenie zamętu perfumy nie są nudne. Genialny zapach na lato i szalone przygody. W tle majaczy ambra, która dodaje charakteru. Moja nazwa- Intensywna przygoda. Dla kobiet tryskających humorem i energią. Przyznam- moje ulubione 🙂
    Annabelle- leciutki powiew jaśminowych kwiatów z mocną energią drzewa sandałowego i szczyptą pomarańczy. Pięknym uwieńczeniem jest nutka wanilii, która okala całość. Charakterystyczny zapach, ale nie mdły. Piękny miks kilku żywiołów, które stopniowo uwalniają się w ciągu dnia , podany na kwiatowej paterze. Moja nazwa- 4 żywioły. Dla kobiet odważnych i nietuzinkowych. Doskonały zarówno na wielkie wyjścia jak i do pracy.
    Giorgiana- świeża cytryna intensywnie zamieszana w nuty mięty, dodaje nam energii. Drzewo cedrowe i jaśmin dają idealne dopełnienie. Zdecydowanie najświeższy zapach w ofercie. Lekki, wakacyjny. Dla kobiet energetycznych, ruchliwych. Nazwałabym je- Wybuch radości. Takie są te perfumy- uśmiech sam wchodzi na naszą buzię.
    Asami- zapach drzewny, a jednak lekki. Piękny zapach ambry złamany świeżością cytryny i maliny. Lekkie muśnięcie kwiatową nutą, nadaje całości szlachetny zapach. Dla kobiet dominujących i temperamentnych, bardzo seksowny. Idealny na randkę i kiedy chcemy dodać sobie pewności. Nazwałabym je- Zmysłowy szał.
    Josephine- perfumy kwaśno- kwieciste. Jednocześnie wyczuwam świeżość cytryny i pomarańczy z mocnym uderzeniem jaśminu i goździkowego kwiecia. Całość podkreślona zmysłową ambrą i odrobiną rabarbaru. Zapach uniwersalny, na każdą okazję. Dla osób lubiących intensywne życie i radosne chwile. Moja nazwa- Poranny wieczór, bo zapach to dwie sprzeczności- kwaśna słodycz i słodka kwaśność. Mój drugi faworyt.

    Zapachy męskie

    Umberto- świeży powiew gorzkiej pomarańczy i leśnych porostów. Drewno różane i piżmo dodają charakteru i doskonale podkreślają rześkość. Dla facetów męskich, uwodzicielskich i energicznych. Nazwałabym je – Stalowy rycerz, bo mają w sobie jednocześnie moc, ale i szczyptę rycerskiego romantyzmu. Żadna kobieta się nie oprze.
    Masashi-  drzewny zapach wysuwa się na prowadzenie. Imbir i pieprz intrygują i zwracają uwagę, Czuję szałwię i zamszowe aromaty. Ambra nie pozostaje w tyle- zdecydowanie elegancja i mocne uderzenie dla luksusowego faceta. Idealny na wieczór lub na cały dzień- jeśli facet ma ochotę kogoś uwieść. Moja nazwa- Urok elegancji. 
     
    Wow! Udało mi się rozszyfrować aromatyczną łamigłówkę. Nie było łatwo, bo pisanie o zapachach, to stąpanie po kruchym lodzie. Ciężko oddać to, co nos wyczuje, ale mam nadzieję, że mi się to udało.  Podsumowując- perfumy są trwałe, zapach towarzyszy nam cały dzień. Nie mam tu żadnych minusów. A jeśli chodzi o aromaty- kwestia indywidualna, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Perfumy polecam serdecznie.
    A dla tych którzy chcą zrobić sobie prezent, zapraszam na KONKURS.
     
    Zagrajcie o flakonik dowolnych
    perfum z feromonami ze sklepu Cobest. Dodatkowo do zgarnięcia 3 atrakcyjne kupony rabatowe do
    sklepu.  Konkurs jest przeznaczony dla
    Wszystkich czytelników- nie ważne czy mnie obserwujecie, czy tylko cichutko
    czytacie- u mnie każdy Czytelnik jest ważny i równy!
    Oczywiście fajnie jeśli
    macie mnie w obserwowanych, ale nie jest to warunek konieczny. Fajnie też jeśli
    lubicie mnie KLIK i Cobest KLIK na Facebooku. Ale najważniejsze!
    Wystarczy, że odpowiecie na pytanie- Który z zapachów perfum w https://sklep.cobest.pl/ uważasz za najbardziej “jesienny” i dlaczego?
     
    Na odpowiedzi czekamy od dziś do 23.11.2015 r.
    Organizatorem jestem ja, natomiast sponsorem Cobest.
    Wybór  zwycięzców odbędzie się w ciągu 5 dni od
    zakończenia rozdania
    Wyniki zostaną ogłoszone na fan page’u oraz na
    blogu .
    Wysyłka odbywa się na terenie Polski.
    Powodzenia 🙂 Aha i na moim FB do zgarnięcia 2 flakonik, ale wygrać możecie raz 😉TUTAJ KONKURS FB
  • Orzechem w łeb

    Orzechem w łeb

    Lecą liście, lecą równo. Raz spadną na trawkę, raz spadną na gówno. Znaczy na główną, ulicę główną. Albo gdzie tam sobie chcą to lecą i wkurwiają, bo trzeba je grabić, a mi się wcale nie chce ich grabić. W sumie to mogłoby śniegiem sypnąć i miałabym wymówkę, że się nie da tego z ogródka zbierać. Jeszcze nie tak dawno orzechy ledwie się ubierały w swoje skorupki,  a tu już próżno ich szukać. Właśnie przy pierwszych, zielonych orzechach, kupiłam w Biedrze olej z orzechów włoskich. I okazał się on niezwykle wydajny, bo nadal go mam, na jakieś kolejne 3-4 razy na włosach. Dwa miesiące systematycznego używania.
    Taki oto Wyborny Olej z Orzechów Włoskich, cena- około 10 złotych.
    Zakupiony, jak wspomniałam w Biedronce. A wiecie, że jak dojeżdżam do tego sklepu, to biedronka z baneru nad drzwiami, zawsze się uśmiecha? Też tak macie? Czy ona tak tylko do mnie się cieszy? Miałam już wersję lnianą KLIK z owada. A jak z orzechową? Wydajna to raz. Dwa- zapach. Jeju, jeju- ale czad! Tak normalnie to orzechy włoskie lubię tylko świeże, takie wiecie w tej skórce. Obieram i wpieprzam. Potem, jak są już suche, to są mi obojętne. Natomiast nie lubię żadnych słodyczy z orzechami- śmierdzą mi. W ogóle nie lubię słodyczy, ale to sprawa dla reportera i długi post. W każdym razie olej mi nie śmierdzi, ma wspaniały aromat. Dla mnie to takie wędzone, podpiekane skorupki z orzechów, ale bez dymu. Zapach jest taki orzeźwiający i zwyczajnie ładny. Ciężko go opisać, musicie to poczuć na własnym nosie. Chyba, że macie drewniany nos, jak taki Pinokio dla przykładu. Ale na to, to ja już nic nie zaradzę.
    Butla spora 250 ml, plastikowa, poręczna. Mimo jej poręczności olejek przelałam do butelczyny z dozownikiem po TYM dziadu.
    Widzicie? Tu też się do mnie mała biedronka uśmiecha 😀 Do Was też? Olej kładłam co druga noc, przed każdym myciem, pomijając jedną noc w tygodniu, kiedy to rano na 10 minut kładę naftę. No i pomijając tydzień wakacji. No jeszcze tego by brakowało, jakbym olej do Hiszpanii wiozła. Wiem, wiem- ochrona przed słońcem, bla, bla, bla. Pierdolę, nie będę z natłuszczonym łbem latać, choćby to było najzdrowsze na świecie. No matter. Olej jest tłusty, bo jest olejem, ale zmywa się wyśmienicie. Nakłada też dobrze. I działa również bombowo. Terrorysta wśród olejów.
    Zauważyłam, że włosy stały się bardziej mięsiste- można je ugniatać i macać jak ciasto na pierogi. Blask przedni, a u mnie ciężko ten blask wywołać, więc musi być dobry. Nawilża chyba lepiej niż jego siostra lnianka. I ten zapach, oł maj gat! Genialne połączenie to olejowanie nim, po wcześniejszym nałożeniu żelu aloesowego, ale o żelu innym razem. Da radę zabezpieczać nim końcówki, bo nie tłuści jakoś wybitnie. Oczywiście jeśli użyjemy na te końce kropelki, a nie wiadra specyfiku. W wiadrze to se można, ale stopy po wyrzucaniu gnoju obmyć.
    Podsumowując- olej z orzechów włoskich wędruje do moich ulubieńców. Jeden z lepszych jaki miałam. Polecam!
  • Nasienie we włosach ;)

    Nasienie we włosach 😉

    Od dwóch dni jestem zajęta parciami. Wspólnie z koleżankami “rodzimy” dziecko koleżanki. Chciałabym poprosić całą Polskę- przyjcie z nami! Chociaż i tak liczę, że Malutka urodzi się chwilkę po północy- miałabym prezent imieninowy 😉 Nooo jutro możecie mnie odwiedzić z flaszką, bo nie wiem czy w moim wieku jeszcze mogę obchodzić urodziny, a imieniny owszem. Jeśli już jesteśmy w temacie flaszek i butelek, to pamiętacie o takiej mini współpracy, którą nawiązałam grubo ponad miesiąc temu? Dostałam taką słitaśną paczuszkę do przetestowania.
    Szampon zwiększający objętość Jagody Goi 250 ml KLIK oraz Odżywczy olejek do włosów Golden Rose Oil 10 ml KLIK.
    Można powiedzieć, że olejek to taka spora próbka, bo normalna buteleczka tego specyfiku ma 100 ml. Jeśli chodzi o szampon, to producent posiada takie gabaryty w sprzedaży, choć podlinkowałam większą opcję, bo akurat tego smaku na stronce nie mogłam się doszukać. Ale oki, lecimy z koksem.
    Szampon. Dziadyga robi karierę w blogosferze. Mnie też przyciągnął z głupiego powodu- nasionka. Ale o co się rozchodzi? Otóż w butelce siedzi nasienie grozy, kto wie, może sam szatan z tego wyrośnie 😉 Diabelskie nasienie, to prawdopodobnie moja przyszła roślinka, o ile ją wyhoduję nie zapominając o podlewaniu. Siedzi ona w butli po to, żeby udowodnić, że szampon jest mega hiper eko i nawet nasionka mają się w nim dobrze. Od prawie dwóch miesięcy używam myjaka i mam jeszcze połowę, więc wydajność zacna, a do nasionka dojdę pewnie w nowym roku. Cała gama produktów O’right to kosmetyki naturalne. Nawet butelka jest zrobiona z zaczarowanego tworzywa, które rozkłada się w przeciągu roku. Flaszka może być więc naturalnym nawozem dla przyszłego drzewka. Ale ja doczytam, że roślinka szybciej wykiełkuje bez flachy, więc tutaj testów nie będę przeprowadzać. No sorry 😉
    Ale pieprzę tak o tych roślinkach, nasionkach, chyba skrzywienie zawodowe 😉 Tymczasem do wuja wafla to szampon jest najważniejszy. Dzielnie używam i stwierdzam, że szampon jest fajowy. Idealnie wpasowuje się w rodzaj moich włosów. Rzeczywiście lekko unosi włosy u nasady. Po kilku tygodniach zauważyłam też, że włosy mniej mi się przetłuszczają. I tutaj biję ukłony jak pijak przed ostatnią szklaneczką taniego wina. Szampon dosyć wydajny, używam takiej normalnej ilości do mycia i ładnie się pieni. Może nie robi wielkiej czapy z piany, ale nie jest źle. W końcu w składzie dość delikatne substancje, więc nie będzie jakichś monstrualnych pianowych rewelacji. Włosy są odświeżone i ładnie pachną. A właśnie! Zapach! Delikatny aromat jagód goi, lekko roślinna nuta zapachowa w tle- ładnie, bez żadnych wkurzających smrodków, subtelny i trwały zapaszek. Kupowałabym! Tylko jest jeden minus…cena. 250 ml to jakieś 80 złotych. I dla mnie tu jest amen. Nie jestem w stanie wydać tyle złotówek na szampon. W sumie to nawet mogłabym sobie na niego pozwolić, ale sumienie by mnie zeżarło. Jednak wolę odłożyć na większe szaleństwa parę złotych, niż kupić kosmetyki. Ale jeśli ktoś z Was nie ma tak drżącej ręki do wydawania, lub jest maniakiem eko kosmetyków- polecam wypróbować.
    A teraz olejek. Tak jak wspomniałam- to taka większa próbka, 100 ml kosztuje 126 złotych. I już znowu za portfel bym się złapała. No sęp jestem, no na ciuchy i kosmetyki nie lubię wydawać. Paradoks no nie? Bloguję między innymi o kosmetykach, a sępię na nich. No tak już mam, kasę wolę przetupać na wakacjach czy jakichś atrakcjach, które pozostaną w głowie 😉 Ale! Olejek jest ok.
    Mój okaz siedział w kartoniku. A potem w buteleczce siedział. A ta butelka ze szkła została stworzona i uwieńczona dozownikiem. Ponieważ opakowanie nie jest jakieś ogromne, stosuję olejek na końcówki. Po myciu wsmarowuję kilka kropelek w końce włosów, a to co zostanie na rękach, rozprowadzam na włosach. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, a w sumie nos, to zapach. Bardzo intensywny, różany zapach, ale taki troszkę nieoczywisty, róża szampańska nie jest aż tak dusząca, choć niezwykle mocna. Czasem traktuję olejkiem suche włosy żeby się nie puszyły i to im pomaga. Może nie są do końca ujarzmione, ale wyglądają zdecydowanie lepiej. Maź szybko się wchłania i nie obciąża włosów, nie tłuści. Dobrze zabezpiecza końcówki, nie potrafię natomiast jednoznacznie stwierdzić czy nabłyszcza, bo stosuję go bardzo oszczędnie, a poza tym z moich włosów ciężko wydobyć blask.
    Tutaj skład, mamy tu między innymi lekki silikon rozpuszczalny wodzie i ekstrakty roślinne, troszkę innych substancji. Olejek jest ok, nie zawiódł mnie, ale szczerze mówiąc nie powalił też na kolana. Szampon polubiłam bardziej.
    O’right  znajdziecie też na fejsie. Kiedy dostałam kosmetyki do testów, w Poznaniu była nawet impreza, gdzie produkty z mojego posta miały swoją premierę KLIK. Niestety, dla mnie to drugi koniec Polski i nie mogłam tam być.
    Podsumowując- kosmetyki są dobre. Dla mnie ceny są oporowe, jednak na cenę składa się to, że kosmetyki są organiczne, najwyższej jakości, nawet opakowania są eko- za to płacimy więcej. Jeśli więc jesteście w stanie uzupełnić swoje kosmetyczki o te produkty- polecam.
    Ps. A ja nie mogę się doczekać mojego drzewka 😀
  • Wilgotne fantazje

    Wilgotne fantazje

    Nie oszukujmy się…większość osób to lubi. I ja tez lubię. Lubię zdecydowanie wziąć do ręki. Chwilę nacieszyć się widokiem. Później delikatnie zabieram się za skórkę. Uwielbiam kiedy nieśmiało schodzi z trzonu. Później niewiele trzeba. Wystarczy włożyć do ust. I to jest właśnie ten najlepszy moment. Potem chwilę zabawy z językiem. Ten moment mógłby trwać wiecznie…
    Ten dzień był dniem jakich wiele. Zajęta swoimi sprawami krzątałam się po domu. Mój wzrok przykuł on. Zapomniany, niechciany…taki smutny i nie w pełni sił. Zrobiło mi się go szkoda. Wzięłam go do ręki, ale to nic nie zmieniło. Ale przecież nie mógł się zmarnować, nie mógł pozostać bezużyteczny. Delikatnie odchyliłam skórkę, spojrzałam raz i drugi i już wiedziałam co robić dalej. Łapczywie chwyciłam za widelec. Robiliście to kiedyś widelcem? Ugniatanie pozornie niedbałe sprawia, że efekt jest niesamowity. Strasznie lubię ten moment kiedy panuję nad sytuacją, kiedy widelec niedbale napiera na każdą jego cząstkę. Dodałam troszkę słodyczy. W końcu nie jestem wyuzdanym ugniataczem. Samo ugniatanie to nie za wiele. Odrobina nawilżenia też jest ważna, kto wie czy nie kluczowa! Do całkowitego spełnienia brakowało mi tylko jednego- tej białej, lekko lepkiej substancji, tego uwieńczenia. Tak! Tak! Mam to! Już, teraz! Wszystko ląduje na…moich włosach! Szaleństwo! Czy wcieracie czasami takie hmmm… eliksiry we własne włosy? Czy czujecie przy tym taką ogromną radość? Świat wiruje!!!
    Banan, zapomniany, ale nigdy bezużyteczny. Łyżka miodu i łyżka czyściutkiego żelu aloesowego. Dodatkowo łyżka Kallosa jagodowego. To właśnie ten wilgotny eliksir oblepił moje włosy. Włosy, które noc spędziły w oleju z orzecha włoskiego, który rozsmarowałam na aloesowym żelu, który uwielbiam. Banalny przepis. Zachwycające rezultaty. Dwie godzinki na włosach, żeby nadać im blask i genialne nawilżenie. Wszystko zmyłam leciutkim szamponem i jeszcze na 5 minut nałożyłam Kallosa. Efekty? Proszę.
    Moje suchary są w coraz lepszym stanie. Niestety obawiam się, że nigdy nie będą mega długie, bo rosną sobie gdzieś do tego momentu i końcówki zaczynają się przerzedzać. Taki ich urok. Zawsze miałam cienkie i delikatne włosy. Z gówna bata nie ukręcę. Życie Szu!
    Ale to co, że może nigdy nie będą do pasa? Od czerwca nie farbuję. Dwa lata olejuję. Regularnie podcinam- ostatnio 4 centymetry. W sumie to nie mam parcia na długość, chociaż fajnie by było gdyby były długie jak obietnice wyborcze.
    Na tym zdjęciu nie widać akurat ich jakości, ale taka jedna Gosia chciała zobaczyć ich długość. No to jest tak, kawałek za stanik. Są fajne, lubię je. Są miękkie i przyjemne w dotyku i nie muszą się nikomu podobać- ja je uwielbiam 🙂
  • Chodź, wysmaruj mi twarz- na żółto i na niebiesko

    Lubię i wiem, że Ty też lubisz. Ciepła dłoń przesuwa się delikatnie po skórze, a za moment zaczyna swój niepowtarzalny taniec. Piruety, ostre zakręty, łagodne kółeczka. Nagle mocne tarcie, krew bryzga po ścianach, skrawki skóry odrywają się i z plaskiem spadają na podłogę. Krew, znój i niepohamowana chęć zadania bólu. Ostro i klawo jak cholera. Lubisz, no nie? Po wszystkim jesteś odprężona, Twoja skóra gładka, a Ty spełniona.
    Jak zwykle poleciałam z fantazją. Ale Wy przecież wiecie jak bardzo lubię ostry…peeling. Jeśli do ostrego peelingu dodamy jeszcze kojącą maseczkę- jest świetnie. A jeśli możemy mieć wszystko w jednym. Bajka! Da się? Się da. Ostatnio nawet nie kupuję korundu, który nadal uwielbiam, ale mam coś lepszego niż on.
    Pamiętacie jak wspominałam Wam o współpracy z Cobest? Ich proste produkty powalają mnie na kolana. Pan Witold podczas pierwszej rozmowy powiedział, że jest spokojny o moje recenzje, bo nie zna osoby, która by się na kosmetykach od nich zawiodła. Przyłączam się do grona zadowolonych osób, które miały okazję poznać glinki Rapan. I nie mówię tego ze względu na współpracę, mówię to, bo tak jest. Dzisiaj biorę na tapetę glinki, które stosowałam na moim ryju. Lubię dobry peeling i glinki- o tym już wiecie, bo na moim blogu temat glinek i ostrej jazdy po naskórku, powraca jak bumerang.

    Zacznijmy od żółtej glinki Rapan. Informacje macie powyżej, więc pozwolę sobie przejść do mojej opinii, bo wiem, że to najbardziej wszystkich interesuje. Żółtka kładłam raz w tygodniu, ponieważ chyba wszystkie glinki w tym kolorze należą do najsilniejszych. Więcej niż ten jeden raz- nie radzę, bo można przesuszyć sobie nadmiernie skórę. Ta kolorowa koleżanka jest niezastąpiona szczególnie u osób, które maja skłonności do trądziku, wyprysków, zaskórników, maja cerę tłustą. Moja cera nie jest jakoś mocno kapryśna, ale zaskórniki, zarówno otwarte, jak i zamknięte, to moja zmora. O ile otwarte dziady wypleniam na bieżąco czarną maską AFY, tak te zamknięte są bardziej uparte. Żólta glinka wyeliminowała u mnie jakieś 70-80 procent zamkniętych nikczemników! Świetnie oczyszcza twarz, ściąga pory, skóra jest dłużej matowa i generalnie gęba po niej jest taka, że można iść do ludzi. Wiem co mówię, bo zaczęłam ja stosować w połowie sierpnia. Tak, tak, u mnie testy to nie w kij dmuchał- serio muszę z kosmetykiem pobyć, żeby o nim coś napisać. Regularne stosowanie glinki żółtej zabiło zaskórniki zamknięte i ogólnie poprawiło wygląd buzi. Wyskakuje mi coraz mniej niespodzianek. Podczas urlopu nie kładłam żadnych pudrów, podkładów, róży- no dajcie spokój, wakacje nie są od malowania, a gęba wyglądała świetnie. Mimo regularnego stosowania, mam jeszcze pół słoiczka! 120 gramów, to koszt 24 złotych KLIK, jak dla mnie cena świetna, działanie jeszcze lepsze.
    Niebieska glinka Rapan. Czym się różni? Przede wszystkim jest delikatniejsza. Polecana osobom o skórze wrażliwej, delikatnej, skłonnej do podrażnień. W swoim składzie ma mniej tlenku żelaza, który to nadaje kolor i moc glinkom żółtym. To, że glinka jest delikatniejsza, nie znaczy, że gorsza- przeciwnie. Najfajniejsze co zaobserwowałam, to niebieska siostra genialnie łagodzi podrażnienia. Jak to baba, lubię czasem wsadzić paluchy tam gdzie nie trzeba- wyduszę jakiegoś syfka, a potem jęk, bo czerwona plama. Na wszelkie czerwone placki mam rozwiązanie- ta oto zacna glinka. 15 minut na twarzy i zaczerwienienia brak. No dobra mały ślad jest, ale nie naleśnik na pół gęby. Bardzo zacnie ukołysze gębę do snu, złagodzi zaczerwienienia, wypryski. Buzia jest ukojona i wyraźnie w lepszej kondycji. Mam wrażenie, że gęba jest lepiej odżywiona i nawilżona. Bardzo przyjemny efekt ukojenia. Cena taka sama jak glinki żółtej, wydajność tak samo w dechę.
    Obie maseczki sporządzam przy pomocy toniku z soli jeziorowej Rapan KLIK. Glinki maja postać gęstej papki. Do miseczki wrzucam małą łyżeczkę glinki i dodaję odrobinę soli jeziorowej, mieszam i na twarz hopla. Masuję i pocieram twarz i już mam peeling, bo glinki maja w sobie mnóstwo kryształków krzemu, który genialnie złuszcza martwy naskórek. Przy lekkim masażu mamy lekki peeling, a ja, wiadomo- jadę z tym koksem na ostro. Lubię czuć tą moc! I czuję. Po wytarmoszeniu ryja, rozprowadzam maskę i trzymam ją te 15 minut, czasem dłużej, jak mi się zapomni. Mycie to poezja- pierwsze glinki w historii, które nie mażą się jak psia kupa, tylko łatwo się zmywają. Na koniec oblecę jeszcze ryj solnym tonikiem i już.
    Tutaj macie jeszcze więcej informacji o glinkach Rapan- KLIK. Uważam, że nie ma sensu przepisywać tego, co już zostało napisane. W skrócie napiszę, że są zajebiste 🙂 Oczywiście nasze błotka można dowolnie mieszać, dorzucać składników i tak tez uczynię. W pierwszej kolejności chciałam przetestować je solo, żeby nic nie zachwiało moich obserwacji. Próbowałam jedynie mieszać żółtka z niebieszczyzną i tonikiem oczywiście. Bardzo dobre połączenie, łagodność niebieskiej i siła żółtej świetnie się uzupełniają. Taka mieszanka łagodzi, oczyszcza, a jednocześnie nie wysusza buzi. Oczywiście to nie koniec moich eksperymentów, glinek mam jeszcze dużo, a ja eksperymenty lubię 🙂
    No i tak to kolejne glinki mnie zachwyciły. Powtórzę- kocham glinki, a te w szczególności. A jak u was z glebowymi maseczkami? Który kolor jest Waszym ulubionym glinkowym kolorem? A może mieliście już przyjemność z Rapanowymi specjałami?
Niewyparzona Pudernica
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.